środa, 30 listopada 2011

w "andrzejki"


Praca skończona… zlecenie wykonane. Z powodzeniem i zadowoleniem ogromnym klienta,-  a o to przede wszystkim chodzi. Niestety rzemiosło z którego usiłuję żyć, jak zawsze…- bo tak było przez wieki, nie należy do intratnych a przede wszystkim za życia twórcy. Tak więc pozostaje trwać w błagalnej wobec Stwórcy pozie na kolanach,- o nowe zlecenia. Na stole z jednej strony kasa za pracę,- z drugiej rachunki przyniesione ze skrzynki pocztowej. W kuchni pusta lodówka… w pokojach przykręcone grzejniki w geście oszczędności na cieple. Za oknem w miarę ciepła jesień… ale króciutkie dni i konieczność pożerania sporej ilości energii elektrycznej. Szczęściem kończy się fatalny w moim życiu rok… nadchodzi jednak wielka niewiadoma, co w następnym. Jeszcze większe zaciskanie pasa zafundowane nam przez rządzących i horrendalne podwyżki cen mediów. Andrzejki!!!... Andrzejki spędzam w domu i to nie przy wesołym wróżeniu, ale w kiepskim nastroju przypominającym depresję. Nie wiem czy to brak światła, czy natłok kłopotów,- jednak nijak nie mogę wykrzesać w sobie odrobiny radości i optymizmu. No i znów usłyszę, że pesymistyczne spojrzenie na wszystko… że wpisy przypominają narzekania psychopatki, ale do cholery, od tego mam to czarodziejskie miejsce, żeby wylać wszystko co mnie boli. Znów nie spałam dziś w nocy. Rano rozmawiałam z klientem półprzytomna i czekałam na moment w którym wyjdzie, a ja będę mogła choć na chwilę się zdrzemnąć. Wiem… i wierzę w to, że losy potoczą się w sposób,  jaki jest mi przeznaczony. Tak już jest na świecie… i tak naprawdę mamy bardzo mały wpływ na to, co będzie się działo. Ciągle wierzę… ciągle mam nadzieję, że przyjdzie moment,- w którym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko zmieni się na lepsze i spełni się chociaż maleńka cząstka moich marzeń. Tak… Słyszę szepty, że nadzieja umiera ostatnia. Mam ją jeszcze… i daj Boże,- żeby odeszła po mnie.