sobota, 25 stycznia 2014

WEEKEND 25 STYCZNIA...



Od kilku dni natura stworzyła przed moimi oknami niesamowity spektakl. Marznący deszcz zastygał lodem na wszystkim… włącznie z gałęziami drzew. Gdy padają na nie promienie słońca widok jest niesamowity. Zrobiłam kilka zdjęć by utrwalić to,- czym natura złagodziła trudy dnia powszedniego.
Autko rozmroziłam  na tyle, że można nim jeździć.  Czajnik kupiłam już nowy i to mam z głowy. Z komputerem walczę, bo nie mam płytki z systemem. Długi po wyzdrowieniu z choroby tygodnia ubiegłego znów jest chory. Yesu- nie mam już do chorób siły.  Samopoczucie psychiczne różne… Zależne od pogody i zasobów portfela… Muszę wszystko przeczekać… No muszę… Tylko dlaczego jest coraz trudniej?
















wtorek, 21 stycznia 2014

WTOREK 21 STYCZNIA...



Nie umiem sobie poradzić ze skutkami pogody. Autko stoi zamarznięte. Jest po prostu skute lodem i nie wiem jak je odmrozić. Planuję jutro od rana zacząć od otworzenia drzwi przy pomocy odmrażacza do zamka. Ale czy dam radę? Jeśli mi się to uda, to jedynym sposobem na pozbycie się lodu jest je ocieplić… a więc odpalić i czekać aż lód z niego spadnie. Na szczęście jest zatankowany i może trochę pochodzić. Deszcz już padać nie będzie tylko śnieg, a ten uprzątnę szybciej. Samochód jest mi potrzebny. Nie mogę przecież wszędzie poruszać się dając zarobić właścicielom taksówek. Tragedia gdy nie ma się garażu. Przyzwyczajona do plusowych temperatur przerażona jestem faktem iż te minusowe… czyli normalne w zimie, potrzymają  do początków lutego… a nie wiadomo czy i nie dłużej. Bardzo odczułam brak zimowego płaszcza. Kurcze… myślałam że jakoś się obejdzie,- i obejść się musi.
Sny- jakie przeżyłam dzisiejszej nocy z pewnością nie wróżą nic dobrego. Stary cmentarz  na którym nie mogłam znaleźć grobów bliskich. Stare zamczysko z ludźmi nie z mojej epoki ubranych w  brudne, śmierdzące kostiumy im współczesne. Jednym, słowem horror.
I seria nieszczęść jakie właśnie się zaczęły. Jak już wszystkim wiadomo … nie kończy się u mnie na jednym nieszczęściu i takoż teraz się dzieje. Pada mi komputer… Zaczyna zachowywać się dziwnie i jeśli skończy się to tylko na postawieniu na nowo systemu,- to będzie bardzo dobrze. Żeby było do pary właśnie zepsuł się nam czajnik elektryczny. Trzeba kupić nowy. Daj mi Stwórco mój kochany… by były to jedyne nieszczęścia jakie zaplanowałeś dla mnie w tym roku.  Gdy patrzę za okno zaczynam się obawiać… że tych w sumie normalnych przypadków nie zdołam ogarnąć. Brak słońca odczuwam bardzo dokuczliwie.  Z natury melancholiczka przy takiej aurze i niedogodnościach jakie zsyła los czuję się po prostu nieszczęśliwa. Poryczałam sobie dzisiaj dla ulgi… ale niewiele pomogło. Zjadłam trochę czekolady by podnieść nastrój- także nic. Nie wiem jak sobie pomóc… Przecież nie mogę spać całe doby. Znajomi mnie denerwują więc na razie muszę unikać spotkań. Wyrzuciłam z siebie wszystko chociaż tutaj… Nie pomogło. Dobranoc…


niedziela, 19 stycznia 2014

19 stycznia...



Zdjęcia… które zamieszczam pochodzą z ubiegłego tygodnia. Nie miałam po prostu czasu, zająć się tym wcześniej. A pewnego pięknego dnia… po obudzeniu i spojrzeniu w okno- zobaczyłam taki właśnie widok. Brudna, czarna zima spowodowała, że to,- co zobaczyłam tamtego dnia… chwyciło tak za duszę… że nie oparłam się uwiecznić tego widoku  aparatem. I nie ważne było to… że musiałam odśnieżyć autko przed wyjazdem. Że plucha i znów powinno być mycie karoserii. Że butki będą mokre i znów zmarzną mi nogi. Było bosko i tylko to, było ważne. Ale to już było… minęło…. I znów jest brudno, szaro i nijak. Na dodatek słońca jak na lekarstwo i po prostu blee.
 Długi jest chory. Kupił sobie leki i usiłuje dojść do siebie do poniedziałku. Nie… no oczywiście pomagam mu w tym jak tylko się da…- a da się przede wszystkim podawać czosnek.  W pierwszy dzień przeciskałam przez praskę… kombinowałam żeby było jak najlepiej, ale dziś…. Dziś po prostu posiekałam i położyłam na chleb. Zjadł bez protestów bo wie, że ten specyfik jednak pomaga. Jak zawsze gdy on… także i ja odczulam chorobę. Tym jednak razem potraktowała mnie łagodniej niż jego. Już dziś czuję się prawie dobrze i z pewnością jutro już nie będę pamiętała że byłam chora. Tak więc weekend przechodzi pod znakiem łóżek.
Od poniedziałku… już bezapelacyjnie biorę się za malowanie. Na sztalugach następny obraz na wystawę reprodukcji:- Pomarańczarka Gierymskiego.
Na uczelni cisza… Po tym co się stało wszyscy milczą i czekają na koniec miesiąca. Narozrabiali i teraz nie wiedzą co z tym zrobić.  Może w końcu dotrze do tych intrygantek, że myślenie ma przyszłość… tylko tym niewprawionym, na początku-szkodzi.









Sikorki bardzo chętnie korzystają z powieszonego przy oknie karmnika.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

W NOWYM ROKU...



Pęd ludzi do władzy i zaszczytów jest przerażający. Zero honoru i ambicji… zero wyobraźni jeśli chodzi o obowiązki. Z resztą,- obowiązki można przerzucić na podwładnych i samemu zlizywać owoce czyjejś pracy. Kontakty ze znienawidzonymi ludźmi zawsze można odnowić…- nawet jeśli ci wiedzą że robimy to tylko dla zaszczytów. No po prostu TFU chciałoby się zrobić. Jak zwykle w milczeniu ale bacznie, przyglądam się sytuacji panującej na uczelni. Porzygałabym się na niektóre indywidua, bo patrzeć na te wredne gęby już nie mogę. Pocałowaliby w tyłek kloszarda… żeby tylko osiągnąć jakieś tam swoje sukcesy. Podpisano ze mną umowę na okres dłuższy niż z innymi. Nie prosiłam o to… i dowiedziałam się o tym dopiero,- gdy zaproszono do kontaktu. Jakie będą te „nowe władze” dowiem się 30 stycznia… a kto stanie na ich czele- kilka dni później. Gdy poproszą o współpracę,- wyrażę zgodę. W końcu z czegoś muszę żyć. Na szczęście moja praca to dzieło samodzielne i nie będę musiała codziennie patrzeć na te wredne gęby. W całej swojej wredności… proszę jeszcze los, by usunął z mojej drogi zawodowej jednego pana. Wszak jego własna żona zwraca się do niego per „wstrętny dziadzie”- więc moje odczucia najprawdopodobniej są właściwe. Że konkurencja?... nie drodzy państwo. Ten pan nie jest moją konkurencją. Określenie jakiego używa jego druga połówka jest adekwatne do charakteru i postępowania. Jest jak stary, brudny frędzel wiszący i kołyszący się przy każdym ruchu…. przy okazji zbierającym każdy pruszek unoszący się w powietrzu. A nóż się przyda… a conajmniej zwiększy objętość frędzla pozwalającą na efektowniejszą ekspozycję.
Tak więc nowy rok rozpoczął się wieloma znakami zapytania.
O systemie emerytalnym powinnam się dla zdrowia własnego nie wypowiadać… bo i słowa niecenzuralne padałyby jak muchy po „RAJDZIE”.  Jeśli bowiem obywatel kraju… w którym żyje i płaci przez 67 lat podatki (tak-tak długo… -bo rodzice utrzymując go i nabywając towary płacą haracz) zostaje „na lodzie”… a po ponad czterdziestu latach pracy otrzymuje grosze emerytury- to nie ma słów na określenie tego kraju. Właściciel firmy… zatrudniający pracowników… i niepłacący za nich ZUS,- wyjeżdża z grubym portfelem za granicę… i ma w tyle cały świat. Pytam jeszcze….- dlaczego okres zatrudnienia na umowę/zlecenie nie jest brany pod uwagę do obliczania czasu zatrudnienia? Przecież składki -ZUS dostanie! Ale przecież kraj jest takim- jacy są ludzie nim rządzący… a przecież tych nie obchodzą obywatele pomiędzy jednymi… a drugimi wyborami.
Nadal maluję prace na wystawę,- której termin przesunął się z lutego na marzec. Szkoda, bo w lutym muszę opłacić ubezpieczenie autka. Na początku marca- przegląd techniczny. Powinnam właściwie kupić nowe opony i co/nieco wymienić w pojeździe. Potrzeb więcej niż przychodów…- jak zwykle.