sobota, 6 kwietnia 2013

SMUTNA SOBOTA...

 
Śnieżny krajobraz za oknem zmalał o kilka centymetrów. Temperatura na termometrze podskoczyła o niewiele stopni. Rozpoczęta walka z prowadzoną stroną kończy się za sprawą fachowej pomocy. Bosze… gdybym potrafiła tyle, ile potrafią inni…

Praktycznie cały tydzień trwa wymowna cisza w moim domu. No cóż musiałam w końcu ukrócić pewne zwyczaje, które za bardzo młodym weszły w krew. Naturalnie swoim kosztem…- jak zawsze.

Czas rozliczyć podatek. Naturalnie nie zrobię tego sama, bo są dziedziny w których nie potrafię się poruszać. Czas także nadrobić malowanie. Wystawa już wkrótce… a w domu jeden obraz. Reszta wróci początkiem maja. Nastrój przez to wszystko fatalny. Ciągle jestem senna. Kawa za kawą. Pocieszam się faktem, że tak ma większość znajomych. Obserwuję nastroje na uczelni… Wszyscy senni, leniwi, nieskorzy do jakiegokolwiek działania. O absencji- nie wspominam. Przetrzepane przez grypsko towarzystwo- jak mało kiedy. Choroba- dwa tygodnie… Rekonwalescencja następne dwa lub więcej.

Patrzę na czekające na umycie okna. Napisałam kartkę do Długiego z prośbą… Nie wiem co z tego będzie. Przecież się do mnie nie odzywa. Woli nie odzywać się wcale,- niż odzywać się z szacunkiem. Jego wybór… Konsekwencje przecież i tak ponosić będzie On.

Wiosno… oj wiosno… zaczynasz już mnie gniewać!

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

HU... HU... CHA


Ręce opadają jak patrzę w okno… Tak na dobrą sprawę to dawno tak ślicznie nie było. Drzewa caluśkie obsypane na biało. Czysto na świecie…- jakby sterylnie. Sikorki znów zaglądają w okno, bo jedzenie przysypane śniegiem. Długi pyta czy przynieść z piwnicy choinkę… a ja wściekam się bo tęsknię do wiosny. Yesu- tak pięknie wszędzie. Samochody zasypane… brud zasypany… świat w te święta wielkanocne wygląda, jakby faktycznie narodził się na nowo. W zasadzie wszystko na święta zrobione, ale na cmentarzu nie byłam. Zostawiłam wszystko na koniec, bo miałam nadzieję że będzie cieplej… a tu zaspy. Okna też niepomyte. Woda zamarzała na ramach i to całe mycie nie miało sensu. Wyprałam tylko firany… Z nadzieją,- że w następną sobotę będzie to już możliwe. Jest więc nie po mojemu i szlag mnie trafia. „Z koszykiem” wysłałam Długiego i kazałam zrobić zdjęcie. Żebym dowód miała że nie postał z tym koszykiem w sieni.. i wrócił spowrotem (to nie błąd tak się podobno ten zwrot wedle znaczenia pisze)  za pół godziny.
Przejrzałam dziś prognozy długoterminowe i co?... No i to,- że na najbliższe dwa tygodnie pogoda zimowa. Co dalej nie wiem… bo pewno i synoptycy też nie wiedzą. Tak mi się coś wydaje… że ciepło zawita do nas dopiero na majowy weekend. O oszczędnościach w tym roku na cieple, nawet chyba nie ma co marzyć. Przecież nie będę marzła dla kilku złotych. Czas ubrać się i zacząć żyć tym dyngusowym i „aprylusowym” dniem. Za oknem gospodarze odśnieżają chodniki… a sąsiadka z góry tłucze już schabowe. Szlag by tą zimę już trafił…