środa, 27 kwietnia 2011

Skończona praca...

Skończyłam zaczętą kilka dni temu "MARYSIĘ". Wystawiłam zawerniksowaną na balkon i schnie.












wtorek, 26 kwietnia 2011

Czas poświąteczny...



Święta są okazją do rodzinnych spotkań… i to jest w tej chwili dla mnie jedyną ich atrakcją. Jeszcze kilka lat temu choć niekoniecznie lubiłam Wielkanoc,- święta bożonarodzeniowe były dla mnie czasem cudownym, magicznym i wyczekiwanym. Dziś… nie cieszą… i nie lubię, ani jednych ani drugich. Tak mi się porobiło i nic na to nie poradzę. Wszystko dopisało… z pogodą włącznie,- a ja cieszę się, że już z tym wszystkim koniec.
Wysianie wczesną wiosną nasionek skończyło się niepowodzeniem. Muszę teraz pomyśleć o kwiatkach na balkony. Pomysł umieszczenia w korytkach trzmieliny zaowocował otrzymaniem materiału na sadzonki. Odpowiednio spreparowane czekają w wodzie na korzonki. Kilka maleńkich tujek także zagospodaruję. Muszę tylko nabyć parę odpowiednich, zielonych doniczek.
Praca zatytułowana „Marysia” zawiśnie w galerii za kilka dni. Za kilka dni zakończy się także wystawa i będę wiedziała czy była to wielka ściema i klapa… czy rzeczywiście obrazy zostaną sprzedane. Podziw to nie wszystko. Dobry obraz,- to obraz sprzedany i już.
Całą sobą odnoszę wrażenie jakby gdzieś w kącie czaiło się jakieś zło. Może to nadwrażliwość na zmianę pory roku… a może rzeczywiście jakieś nieszczęście czeka na swoją kolej. Trudno… Jeśli się wydarzy przyjmę z pokorą jak i wszystkie dotychczasowe. Tylko kiedy przyjdzie czas na zmniejszenie krzyża który niosę?
Wiosna cieszy oczy. Tak „młodo” i ślicznie wszędzie. Tak radośnie,- choć świat taki podły.





















wtorek, 19 kwietnia 2011

Życzenia świąteczne...



Święta Wielkanocne…  
Najważniejsze  święta wiary katolickiej.
Niech zamilkną swary i nieporozumienia.
Niech budzące się życie da radość istnienia.
Niech hojność  losu zapełni stoły jadłem.
Niech obecność najbliższym da poczucie bezpieczeństwa.









poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Łabędzie...

Łabędzie spod mojego okna… To praca którą skończyłam rano. Pływały… tańczyły… wzbijały się ponad wodę… kokietowały… aż w końcu, sprowokowały do uwiecznienia ich na obrazie.




Łabędź niemy…
Samce większe od samic, dorosłe osobniki białe, dziób pomarańczowy z czarnym paznokciem na czubku, u nasady czarna narośl. Nogi czarne. Osobniki młodociane szare z szaro-czerwonym dziobem, choć zdarzają się łabędzie białe już od wyklucia. Nie mają narośli na dziobie i szaro-czerwonych łap. Dwuletnie ptaki zachowują jeszcze szarą głowę, szyję i lotki. Mają szary puch, ale niektóre zmutowane osobniki udomowione – biały. Płynąc wygina esowato szyję, a skrzydła unosi w górę tworząc rodzaj peleryny. Dorosłe osobniki nie nurkują, choć pisklęta posiadają tę umiejętność. Pierzą się raz w roku. Pierwsze pierzenie u piskląt odbywa się od września do stycznia. Nogi łabędzia niemego są krótkie, czarne i osadzone w tyle. Skok i palce są dość gęsto pokryte niewielkimi, rogowymi tarczkami. Na lądzie poruszają się niezdarnie wykonując powolne, kołyszące się ruchy. W wodzie natomiast radzą sobie doskonale, dzięki spiętym błoną trzem palcom. Szyja jest dość długa i często wygięta esowato. Osadzona jest na szerokim i nieco spłaszczonym ciele. Głowa niewielka. Łabędzie mają również lekko zadarty ogon. Są to najcięższe na świecie ptaki zdolne do aktywnego lotu. Aby wzbić się w powietrze potrzebują zbiornika wodnego, na którym wykonują kilkudziesięciometrowy rozbieg. Czasami startują też z rozległej, płaskiej powierzchni ziemi lub zamarzniętej, lecz niezbyt śliskiej tafli jeziora lub rzeki. Wzbijają się w powietrze zawsze pod wiatr, dopiero później zmieniają kierunek lotu. Powoli nabierają wysokości intensywnie pracując skrzydłami. Latają najczęściej około 50 metrów nad ziemią. Podczas lotu słychać głośny świst wolno i majestatycznie machających skrzydeł spowodowany wibrującymi lotkami. W charakterystyczny sposób wyciągają wtedy szyje. Lądują prawie wyłącznie na powierzchni wody lub ewentualnie, w razie konieczności, na śliskim lodzie. Obserwowano także wielokrotnie stada łabędzi liczące ponad 200 szt. żerujące na ozimych zbożach lub rzepaku. Każde wzbicie się w powietrze i lot to dla łabędzia poważny wysiłek, dlatego latają one rzadko, tylko wtedy, gdy jest to dla nich absolutnie konieczne. W niewoli często stosowane jest podcinanie lotek, co całkowicie uniemożliwia lot. Dorosły łabędź niemy może mieć ponad 25 tysięcy piór, z czego ok. 20 tysięcy znajduje się na szyi.  Jak wskazuje nazwa gatunkowa, nieczęsto można usłyszeć łabędzi głos, czasem jednak wydaje pogwizdywania i żałosne zawodzenie.


                               
               
To wikipedia… A poeci?... A poeci malują łabędzie tak:


Przerwa-Tetmajer Kazimierz

Czarodziejskie łabędzie
I
Słońce ruzwiane w przestrzeń, jak wiatr złoty spada
poza zębami skały, a po drugiej stronie
ścielą się nad wąwozem śniegu białc tonie
i zwiewna, ziotna, spłynna poema modro-blada.

A wszystko obejmuje niebo, wszystko wpada
w głąb cichą, lila-modrą... Czas idzie; już tonie
w rdzawo-fiolctowy dym na nieboskłonie
stoczę gór i na śniegach mrok szafiru siada.

Tylko za grzbietem skały złoty i płomienny
trwa obłok, jakby pożar szałał tam poza nią - - --
patrzę: wzrok ini się zwolna staje mglisty, senny - -

wymalowane cuda jawią się za granią:
świat powietrzny, od świata ziemi tak odmienny...
Łabędzi z ognia sznury wiszą nad otchłanią...

II
Czarodziejskie łabędzie z ognia, widnie mnie-li
Jednemu, mnie-li śpiewne - - a ich głos: to dzika
fletów w szalonym wichrze tańczących muzyka...
Ja jeden je tam widzę - w błękitu topieli...

Unoszą się na skrzydłach, jak grzmotu anieli -
ich pieśń drżeniem świat cały dokoła przenika -
lecz ich sznur leci w pomrok, odlatuje, znika -
jak spojrzeć: świat w śniegowej niebieskiej zaścieli.

Czarodziejskie łabędzie z ognia - krótkotrwała
igraszka smutnej myśli: ciężkiej, ołowianej
chmury przeblask słoneczny... Dusza się wyrwała

w swój dawny ogród widzeń, dawno zapomniany - -
i sonetu melodja znowu mi zagrała
i spojrzałem na kopce życia - - czy kurhany... 
 





niedziela, 17 kwietnia 2011

Miniony tydzień...


Największą zapłatę za pracę malarza stanowią wystawy jego prac… a zwłaszcza wernisaże. Na finisaż- przychodzą właściwie już tylko nabywcy. Ale ten finisaż jest dla autora także bardzo ważny… bo już wie, czy zapłaci rachunki… czy nadal będzie chodził głodny. Piątkowe otwarcie wystawy to spory mój sukces, który z przyjemnością uwieczniał na zdjęciach Długi.  Zabrzmi to nieskromnie, jednak z dumą patrzyłam jak goście robili sobie na tle moich prac- zdjęcia. Inspiracje Klimtem zrobiły furorę nawet wśród koleżanek i kolegów „po fachu”. Należy mi się uznanie choćby za nakład pracy, jaki włożyłam w te obrazy.  A kwiaty? No kwiaty to wyjątkowy akcent, bo cieszą oczy długo jeszcze po uroczystości. Jak zawsze nie zawiedli znajomi i jak zawsze zawiodła rodzina. Koniec chwalenia siebie.
Miniony tydzień wykończył mnie zupełnie. Szczęściem,- generalne porządki zrobiłam miesiąc temu… a teraz zostało już tylko bieżące sprzątanie. Roślinki, które siałam i pikowałam, rosną marnie. Mieszkanie nie zapewnia im najlepszych warunków, choć pracownię mam bardzo jasną i słoneczną. Wkurzyłam się wczoraj i wysadziłam je na balkon. Chcą- niech rosną… Nie chcą- płakać nie będę. Zmarnował mi się natomiast dokumentnie grudnik. Obcięłam końcówki i wsadziłam jednak w ziemię, bo do roślin przywiązuję się tak- jak do przyjaciół…
Zmęczenie… Znów jak jesienią odczuwam ciągłe zmęczenie. Na nic nie mam siły i ciągle ciągnie mnie do poduszki. Odpuszczam więc sobie walkę z samą sobą i ulegam temu, czego oczekuje ode mnie moje ciało. Kawę już pijam. Jeszcze słabą… z mlekiem… ale już nie odmawiam sobie tego, co tak lubię. I przyglądam się wiośnie, która ruszyła krwioobieg w przyrodzie. Tylko we mnie wszystko stoi… do głębi… gdzieś jakby do końca… Wejdę w pracę…. Tam najlepiej się czuję.







wtorek, 12 kwietnia 2011

żródło energii...




Najnowsze doniesienia z Japonii sieją coraz większy niepokój na świecie. Przypomina się wszystkim katastrofa czarnobylska i jej skutki, które co tu mówić widoczne są do dziś. I nie mam tu na myśli ogromnego, skażonego terenu, na którym nie prędko stanie stopa ludzka by go zamieszkać, ale skutków zdrowotnych w całej prawie europie o Azji nie wspominając, bo informacje z tej części świata nigdy nie były wiarygodne.  Elektrownie jądrowe stanowią źródła energetyczne będące nieniszczące dla środowiska dopóki działają bezawaryjnie. Nie powodują wydzielania tlenków węgla, siarki i azotu, które to są odpowiedzialne za występowanie kwaśnych deszczy i powstawanie efektu cieplarnianego. Wspomniane związki takie jak tlenki węgla, siarki i azotu są produktami ubocznymi przy działaniu elektrowni węglowych. Stają się one źródłem powstawania  milionów ton popiołów, zanieczyszczających ziemię. Alternatywne źródło energii jakim są elektrownie jądrowe są źródłem tzw. „czystej energii”, będącej przyjazną dla otaczającego środowiska. Dużym problem w przypadku energetyki jądrowej stanową także odpady promieniotwórcze powstające jako efekty działania reaktorów. Składuje się je w odludnych miejscach, jednakże zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że przedostaną się do środowiska. Awarie jakie dotykały na przestrzeni lat kilka z takich elektrowni pokazały, że „wygodna” zdawałoby się energia, niesie za sobą śmiertelne niebezpieczeństwo i należałoby porządnie się zastanowić nad powstawaniem nowych… ale i również zabezpieczaniem już istniejących,- przed skutkami kataklizmów i awarii. Wybudowaliśmy sobie bomby, których naruszenie zmiecie w kilka dni życie na ziemi. Bo czy jesteśmy w stanie przewidzieć ewentualne kataklizmy jakie mogą dotknąć te rejony? Japończykom wydawało się że potrafią a jednak….! W Japonii pracują 54 reaktory atomowe. Produkują sporo energii i przewidywano powstawanie następnych. Następnych w tak bardzo aktywnym sejsmicznie terenie!!
Co dzieje się obecnie i w jaki sposób zabezpieczą uszkodzone reaktory- nikt nie wie.  Nie słychać bowiem o powstawaniu sarkofagu ochraniającego… i czy cokolwiek w tej chwili dzieje się „konkretnego” na tym terenie, poza wyciekiem substancji radioaktywnych i ewakuacji ludności. Pomoc w takich wypadkach jest BARDZO TRUDNA. Wiąże się bowiem z wkroczeniem na tak skażony teren ludzi… co naprawdę łączy się z wyrokiem śmierci. Roboty- zawiodły. Jedyna jest ocena żywego człowieka i decyzja „na miejscu” dotycząca akcji. Jaki będzie koniec tej tragedii- nie wiemy. Nie wiemy też kiedy „uspokoi się ziemia” i zatrzyma trzęsienia wtórne. A następne trzęsienia?... Nasza planeta zmienia się z roku na rok. Zmienia się na niej wszystko i teraz już każdą możliwość należy uznać za prawdopodobną. Kawałek ziemi… zdawałoby się bezpieczny kawałek ziemi na której jeszcze stoimy…- jest już bardzo mały.
Rozmieszczenie elektrowni atomowych w Japonii.


      

        

niedziela, 10 kwietnia 2011

PTASIE ZALOTY...

 

WIOSNA… Poza roślinami… wszystko co żywe budzi w sobie chęć rozmnażania,- a co za tym idzie i miłości. Mieszkając na skraju przecudnego parku, obserwacja przyrody nie jest trudna… a przyjemności w tym tyle, że zniweluje niejeden kłopot. W niedzielny ranek „niedzieli palmowej”, balkon mojego mieszkania stał się areną gołębich zalotów. I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że jeden z „panów” , modą obecną… ufryzował się na „irokeza”.

 
 Napuszona i bacznie przyglądająca się zalotnikom „dziewczynka”, usadowiła się na gałązce mojej hodowanej od kilku lat tui (wyszeptałam jej, że w przypadku złamania i jej wyrwie pióra z głowy).


Panowie siedząc na balkonowej barierce, prezentowali swoje wdzięki, nie zważając na fakt, iż Długi machał im z poza firanki zdjęcia.





 Gdybym miała wybierać ja,- zdecydowałabym się jednak na tego opierzonego bo coś ten irokezowy z jednym piórkiem na czubku głowy mnie osobiście- nie odpowiadał. Decyzji dziewczynki nie poznaliśmy, bo Brunek nie wytrzymał… i przegonił towarzystwo ratując moją ukochana tuję przed połamaniem. Za kilka dni poznam wybranka, bo gniazdo buduje się w oknie domu na przeciwko. I tak analizując swoje gusty stwierdziłam, że nigdy nie gustowałam w facetach z wygolonymi głowami, bo skojarzenia jakieś- takie więzienne zawsze miałam z takimi fryzurami.


Kawunia poranna-zaliczona. Słabiutka jak szanse gołębi na bycie orłem ale zawsze coś.



piątek, 8 kwietnia 2011



Wczoraj Długi -podjął dla mnie niespodziewaną decyzję. Pewnie mniej byłabym zdziwiona gdybym dowiedziała się, ze zostanie ojcem. Jednak nie. Ojcem-jak na razie nie jest… a decyzja zwaliła mnie z nóg i spowodowała na pewien czas, bezsenne noce. Zaakceptowałam to- co chce zrobić, bo uważam że każda decyzja wiążąca się z edukacją jest DOBRA. I dziś rano przypomniałam sobie coś… co zdarzyło się kiedyś… i nigdy nie przypuszczałabym, że ma jakiekolwiek znaczenie. Jak już kiedyś opisałam w zwierzeniach blogowych, na swoim koncie mam wizytę u wróżki. Podczas z nią rozmowy, byłam zainteresowana nie tylko losem swoim…  ale także najbliższej mi w tej chwili osoby. Skojarzyła mi tę osobę z zawodem… od którego był bardzo odległy i nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie mu coś takiego do głowy. Umknęło to mojej pamięci i uwagi,- ze względu na bezsensowność wróżby, ale jak widzę coraz więcej faktów z tego co mówiła, zaczyna się realizować. Ale zostawmy tą decyzję losowi i zajmijmy się wróżeniem, które kolejny raz sprawdziło się po tylu latach.
W oficjalnym krajowym spisie profesji i specjalności pojawiło się kilka nowych zawodów. Są to między innymi wróżbita oraz astrolog. Zawody te otrzymały swoje oznaczenie kodowe i odtąd oficjalnie można zatrudnić takie osoby, albo też można założyć działalność gospodarczą i świadczyć takie usługi we własnym zakresie. Do tej pory, jeśli chciało się legalnie wróżyć z kart lub prognozować na zlecenie klienta z pozycji planet, trzeba było zarejestrować firmę, a jako typ działalności podać "pozostała działalność usługowa gdzie indziej nie sklasyfikowana". Teraz się to zmieni. W pewnych środowiskach… zagotowało się, jak pod ogromnym saganem. Powoływano się na cywilizację XXI wieku i stan obecnej wiedzy. Twierdzono że zawody te są pozbawione podstaw racjonalnego myślenia i zawierają elementarne błędy naukowe. Że przyczyniają się do szerzenia zabobonów itd… itd. Krzyczą że wpisanie tychże profesji na rządową listę  ośmiesza urząd ministra i narusza powagę Rzeczypospolitej. Wreszcie twierdza, że marnotrawienie publicznych środków, w tym tych płynących z Unii Europejskiej, na tworzenie tego rodzaju absurdalnych dokumentów powinno być karalne i domagają się ujawnienia winnych tego skandalu. Dalej powołują się, na trudną sytuację wynikającą z kryzysu gospodarczego i że to inżynierowie, naukowcy i nauczyciele oraz inni ciężko pracujący ludzie mogą pomóc w jego przezwyciężeniu a nie jacyś szamani i wróżbici. I cóż mamy myśleć na ten temat? Słusznie zauważają przeciwnicy ze w podobny sposób możemy potraktować duchownych wszystkich wyznań wpisanym w rzeczonej klasyfikacji pod numerem 246102? Co ma przecież ich działalność  wspólnego z  cywilizacją XXI wieku oraz ideą społeczeństwa opartego na wiedzy?  Według klasyfikacji organizuje on i wykonuje ogół czynności sakralnych -zgodnie z liturgią wyznania. Czuwa nad przestrzeganiem świętych tradycji, praktyk i wierzeń, oddając cześć Bogu jako kapłan powołany i wyświęcony do tej służby. Jeśli jest zapotrzebowanie na jakąś działalność,- jest ona w społeczeństwie potrzebna i należy z całą powagą brać ją pod uwagę. Przyznam, że podczas wizyty u tej pani rozmawiałam z nią szerzej niż tylko na temat własnej przyszłości. Powiedziała krótko: „ nie ma pani pojęcia kto odwiedza mnie czasami w tym małym pokoiku. Przecież ja nawet się nie reklamuję. Ludzie potrzebują moich zdolności i wiedzy… i ja, ją im daję. Nie staję w kolejce po zasiłek z ich podatków. Zarabiam uczciwie na życie i bardzo często pomagam ludziom w zakresie o którym nie wszyscy mają pojęcie.” Myślę… i nie tylko ja- że ma rację. Pozwólmy więc na działalność i tego typu „usługowcom”, jeśli robią to uczciwie. Z uzyskanych dochodów płacą podatki i to jest w porządku. A środowiska naukowe niech zajmują się tym, czemu powinni się poświęcić i przestać robić w społeczeństwie za inkwizycję.
Dziś od rana mała… słaba czarna. Już mogę. Mammografia zrobiona i ząb zaplombowany także. W planach zdrowotnych założenie konta w elektronicznej stronie NFZ i rejestracja do okulisty. Chyba do czytania muszę używać okularów bo mglisto coś literki widzę. Z infekcją narządów moczowych tez już sobie radzę. Porcja antybiotyku tak ogromna, że gdy użyję całą… do końca życia „tam” bakterie się NIE ZALĘGNĄ.