poniedziałek, 30 września 2013

TYGODNIOWE NEWSY...


Sobotni placek ze śliwkami miał zakalca. Naturalnie został pożarty w ciągu dwóch dni… bo właśnie takowy Długi lubi najbardziej. Szlag mnie trafia jak stoi przed piecykiem i powtarza zaklęcia „żeby był z zakalcem”. To samo robił gdy żyła Mama. Kucał przed szybą a Ona wściekała się tak,- jak ja teraz.
Sobota…- dzień szczególny bo omal nie zwariowałam ze szczęścia gdy zobaczyłam wolny parking przy targu. Natychmiast zajęłam to szczególne miejsce i ruszyłam „do bab”. Dałam naturalnie plamę… gdy zapatrzona w gruntowe, cudownie pachnące pomidory… powiedziałam do faceta „proszę pani”. Właściwie do dziś nie wiem czy baba to była czy chłop,- bo „niby piersi” rysowały się pod kufają… gęba wyglądała na babską… ale ponieważ grubawa była to istota- nijak nie mogłam zidentyfikować. Odzywałam się więc w końcu bezosobowo i kupiłam najcudowniej pachnące i smakujące pomidory jakie widziałam w ostatnim dziesięcioleciu. I śliwki były pyszne… i brzoskwinie… i ogromny pęczek włoszczyzny kosztował tylko 2,50… a nie prawie 4.00 jak w markecie. Miał w sobie prawdziwą pietruchę a nie pasternak… i rosół był pysznościowy.
Dwie prace na ukończeniu. Higieja i Adela będą już niedługo gotowe. Zrobiłam ogromną pracę siedząc nad sztalugami nie tylko w dzień. Spore płótna (80x80) niedługo zawisną na ścianach. Następny będzie „pocałunek”… i „wzburzona woda” Klimta.
Tak właściwie to obrzydło mi już to malowanie. Nigdy nie mogę robić to co chcę… tylko to, co jest akurat potrzebne. Jak rzemieślnik kurczę…
Nadal czegoś w organizmie mi brakuje. Odczuwam nieustanną chęć na ryby… pomidory… i owoce, które mogę jeść o każdej porze dnia i w dowolnych ilościach. Jadam już nawet „pełne ości” leszcze… a chleb zamieniłam na sałatkę z pomidorów. I praca… praca… i jeszcze raz praca… I dobrze… Gdy pracuję nie przychodzą mi do głowy głupoty.
Aaaaaa… i zapomniałabym nadmienić, że chyba jakiegoś wielbiciela mam w podwórzu. Co jakiś czas… pomimo dwukrotnych zabezpieczeń… na mojej wycieraczce pojawiają się kwiaty. W tym tygodniu były to miniaturowe, żółte różyczki. Fajne to,- bo na bieżąco mam świeże kwiaty w wazonie… Ale nurtuje pytanie KTO? TAKIEJ STAREJ KROWIE TAK SIĘ PRZYMILA?!
 


sobota, 21 września 2013

I ZNÓW SOBOTA...



„Ostatnią wieczerzę” – już zaczęłam, gdy okazało się że konkursu w tym roku nie będzie. I bardzo dobrze… bo szykuje się wystawa zbiorowa reprodukcji starych mistrzów. Deskę odkładam bo mam na nią jeszcze cały rok więc zdążę. Dokonałam więc zakupu kilku podobrazi i znów będę się mozolić na „Klimtem” (4 prace) ale także nad „Moną Lizą… Damą z łasiczką”. Nad twórcami tych ostatnich jeszcze nie pracowałam i nie wiem jak mi to pójdzie. „Klimta” opracowuję w inny sposób, skupiając się przede wszystkim na przybliżonych wizerunkach postaci. Stworzy to pewien cykl kobiecy, który stanie się na wystawę całością. Czy zdążę?... no nie wiem. Szkice już prawie mam… brakuje tylko „pocałunku”. Mam czas do świąt. Biorąc pod uwagę pracę na uczelni -trochę mnie to przeraża. Przecież prowadzę jeszcze dom. Postanowiłam także nieco poszerzyć stan ubrań. Nabyłam dwa rodzaje włóczki i pruję stare wełniane sukienki. Koleżanka będzie machać „prądkami” nad moimi swetrami. Wzięło mnie na pieczenie i machnęłam wczoraj placek drożdżowy. Niekłopotliwy i pyszny… a robi się prawie sam. Czyżbym stawała się prawdziwą kobietą?
Po niedzieli Długi musi uprzątnąć kwiaty na balkonach,- za które wzięłam pierwszą nagrodę. Nie powiem -nagroda pieniężna także była. Największa jednak satysfakcja… którą zawdzięczam kuzynce, od której dostałam kopa żeby zgłosić te moje cuda. Na razie nie choruję (tfu…tfu…) Przeziębień zero i ogólne samopoczucie jakoś ok. Tylko ta dieta lekkostrawna zaczyna mnie wkurzać już na dobre. Na gotowane rzeczy… i parowane… już patrzeć nie mogę. Marzę o normalnym „żarciu”… a od sałatki z majonezem na wernisażu,- musiałam siłą sama-siebie odciągać. Cholera nie wytrzymam i usmażę sobie kiedyś porządną rybę.
„Zołza” – Długiego, wprawdzie czasami przychodzi… ale o dziwo (nie mylić z dziewicami) wychodzi o przyzwoitych jak na nią porach. Coś widzę, że ostatnio oponka jej w pasie przybyła. Stwórcy dzięki że to nie brzuch ciążowy tylko sadło.
I tak na dobrą sprawę tylko mnie robota czeka i to wielka robota. Nie wiem więc kiedy tu zawitam… Pewnie wówczas, gdy skończę którąś z prac. Ale dobre i to. Czytać Was będę systematycznie.
Aaaaa,- „fusillo”! Serdecznie Ci współczuję z powodu pracy jaka Ci przypadła podczas tego wyjazdu. Nie potrafiłabym tak…. Yesu…. tylko nie tak. Nie pamiętam loginu do Ciebie, dlatego nie komentuję. Zawsze jednak Cię czytam i przesyłam choć ciepłe myśli.
Macham do wszystkich „pracowicie”…



sobota, 14 września 2013

NOWOŚCI...



Tak wiele się wydarzyło… Wystawy, które przełożyły się na zyski. Uznanie… Wygrana w konkursie na najładniejsze balkony (też przełożona na zyski). Skończony remont mojego pokoju/pracowni. O konfliktach z Długim nie wspominam… jako że nerw główny wystarczająco podrażniony. Dziewuszydło na razie nie przychodzi… i dobrze,- spokojniejsza jestem i swobodniejsza w domu. Bo przecież szlag człowieka może trafić gdy zaspana wychodzę do wc… a tu z pokoju Długiego wychodzi o godzinie 2.00 w nocy to paskudztwo. Ble… paskudna. Jeśli mnie nie lubi ( z wzajemnością z resztą) niech nie przychodzi do domu w którym mieszkam i już.
Wczoraj montowaliśmy następną wystawę. Na szczęście to zbiorówka,- bo nie bardzo w końcu miałam co wystawić. Stwórcy dzięki sprzedałam większość prac malowanych na ta imprezę. Wernisaż we wtorek. A w pracy?  No w pracy dobrze że mam swoją działkę, niezależną od wszystkich i mogę dalej stosować tumiwisizm. Kłócą się żrą o wszystko i każdy chce być najważniejszy. Tylko jakoś pracować nie bardzo jest komu. Ponad obowiązki robię czasami cosik społecznie, dlatego nie bardzo mogą mnie ruszać… choć zawiść powoduje że bardzo tego chcą. Jestem od tego wszystkiego z daleka… tylko ludzi mi w końcu żal, bo głupota to największe nieszczęście jakie człowieka może spotkać. Ostatnio co niektórym poszło o kolejkę nazwisk (moje było pierwsze). Na zarzut odpowiedziałam że tak jest w alfabecie i omal nie padłam ze śmiechu jak pani zrobiła koparę jak dziecko.
Robi się zimno. Ciekawa jestem czy sprawdzi się ocieplenie ściany na jakie sobie pozwoliłam podczas remontu.
A wczoraj?... Wczoraj wyto pod moim oknem na eliminacjach konkursu Bergera jaki zawsze we wrześniu wita w moim mieście. Wyto do godziny 1.00 w nocy choć nikogo jakoś to nie interesiło z uwagi na lejący niemożebnie deszcz.
Od rana spokój a ja piekę sernik. Nie!... nie pomyliłam się. Piekę sernik, bo zamiast normalnego białego sera, kupiłam jakiś „zapachowy” i musiałam wykorzystać, a serniki mi wychodzą jak rzadko komu. Nie opadają… są smaczne… więc piekę. Bo teraz to ja właściwie jem tylko pomidory i biały ser. Lubię taką sałatkę i nie muszę opychać się chlebem od którego się tyje.
Planuję namalować ikonową ostatnią wieczerzę. Informacje dotyczące tej „imprezy” już zebrałam i wiem, gdzie kto siedział. Teraz czeka mnie zakup deski. Musi być duża… więc i kasy na to pójdzie. Trudno. A dziś zajmę się swoim ciałem. French manicure opanowałam już do perfekcji.