sobota, 28 grudnia 2013

O PRZYCZYNACH STANU RZECZY...


Bardzo wiele zmian szykuje się w pracy po nowym roku. Przewiduję… że będą to zmiany niestety na gorsze. Chyba że,- swój palec wskazujący w sprawę włoży prezydent miasta. Niestety nie mam pojęcia czy wedle litery prawa może to zrobić. A w ogóle… czy on ma pojęcie o tym… co się szykuje. Zastanawiałam się wczoraj jak to się wszystko stało. Jaka jest geneza sytuacji, która powinna być wstydem i kupą gnoju na tarczy instytucji. Nie ma innej odpowiedzi na to pytanie jak triumf zazdrości i zawiści. Odwieczne przyczyny wielu nieszczęść jakie dopadały ludzkość. W chwili obecnej te dwa wstydliwe uczucia są punktem zapalnym we wszystkich społeczeństwach chociaż…. Przypatrując się lepiej,- każdy z nas na pytanie czy jest bardziej zazdrosny niż zawistny… odpowiedziałby prawdopodobnie, że jest bardziej zazdrosny. No tak- zawiść zakłada istnienie kompleksu niższości… a do tego dość trudno się przyznać. Zawiść polega na pożądaniu czegoś, co należy do drugiej osoby. Zawiść zawsze zakłada istnienie władzy czy zdolności… którą pragnie się zdobyć. W zawiści drugi człowiek ukazuje się w całej swej odmienności…- nie jednak w odmienności pochlebnej, ale tej… która stawia go niżej od innych. Zagłębiając się w zawiści przeżywamy poczucie frustracji i obsesji. Człowiek zawistny sądzi, że jest ofiarą losu… nie zgadza się na istniejący stan rzeczy a z drugiej strony nie widzi swojego zachowania i złożoności swojej natury. Nic tak nie kąsa w serce jak zawiść. Zawsze unikałam nosicieli tego uczucia. Wydawali mi się… z pewnością słusznie, ludźmi niebezpiecznymi… niosącymi zagrożenie nie tylko niszczące ale także zagrożenie zarażenia tymi niskimi pobudkami.
Obiektami zazdrości i zawiści, zawsze są osoby które odniosły jakiś tam sukces. Bywa on nie raz zdobyty ogromnym wysiłkiem i morderczą pracą. Bywa on podarowany jako praca społeczna na rzecz innego człowieka.  Niestety bardzo często… poprzez obrzydliwe ataki zawiści, tłumaczymy się z tych sukcesów przed samymi sobą.
Takie to właśnie uczucia zniszczyły grupę wspaniałych… bardzo zaangażowanych w swoją pracę-ludzi.  Nic nie będzie już takie samo…- choć nie ma ludzi niezastąpionych. Może los zrządzi… dając władzę jednostkom silnym, które potrafią poradzić sobie z grupą „śmieci” w instytucji, że wróci porządek… zgoda i możliwość normalnej pracy. Tego życzę sobie… i oczywiście nie tylko…

środa, 25 grudnia 2013

25 GRUDNIA- BOŻE NARODZENIE

Jakie mam święta?... – ZMĘCZONE MAM. Okres przedświąteczny to czas „opłatków”. Każda z grup na uczelni organizowała swojego opłatka zanim pojawili się wszyscy na opłatku zbiorowym. O jasełkach nie wspominam… bo napracowałam się nad opracowaniem fotek najbardziej.
Jak zwykle… jak idiotka zaangażowałam się (niepotrzebnie) nad oprawą tego opłatka… i na koniec wyszło że musiałam robić „za gwiazdę”. Podobno wszystko było super (stwierdził tak nawet Długi, który musiał machać foty) ale jakoś mnie to nie cieszy. Sprzątanie na ostatnią chwilę -co jednak ma swoje zalety bo „glanz” jest na bieżąco, ale mnie to denerwuje. Zakupy podstawowe robione dopiero w piątek… by ostatecznie zaopatrzyć dom w niedzielę. I gotowanie… Yesu jak nie znoszę stania przy garach. Wprawdzie wszystko się udało,- bo zazwyczaj udają mi się nawet serniki które nie są domeną wielu gospodyń…- ale nienawidzę gotowania. Na szczęście już po wigilii. Jestem nienormalnie zmęczona! Koleżanki do których narzekałam twierdzą, że tak jest co roku… że to sprawa wieku, gdzie organizm buntuje się na takie wyczyny. TO CO BĘDZIE GDY BĘDĘ MIAŁA 70 LAT?  Myślę że nie dożyję i ten problem powinnam mieć z głowy. Czuję to nadzwyczajne zmęczenie w każdym zakątku ciała i dzisiejszy dzień w sporej części przeleżałam. ŻADNEGO WYCHODZENIA Z DOMU PRZEZ ŚWIĘTA. Odpoczynek i już.
Właśnie przed chwilą Długi oznajmił, że wychodzi do dziewuchy i wróci jutro po południu. Jednak chyba Stwórca mnie lubi, zapewniając mi takie luksusowe warunki do wypoczynku. Ja- napychać się nie będę… czas więc zamrozić cześć jedzenia na później.
Prezenty??.... Oj- prezenty zaczęły się od rana dnia wigilijnego. Poczta Polska dostarczyła pakunek wagi chyba z pięciu kilogramów. Naprawdę ledwo go unosiłam w swych „delikatnych” dłoniach. Ciężar okazał się przecudną Wielką Księgą Malarstwa. Tego w domu nie miałam i naturalnie każdą wolną chwilę spędzam na „lizaniu kartek”. Potem była na słomiance gwiazda betlejemska koloru ecru… a potem kurier dostarczył maleńkie pudełeczko. Nie wiem kto przysłał,- bo jako nadawca widniało moje nazwisko i mój adres. Tak swoją drogą nie wpadłam na to… że można się w tak sprytny sposób zamaskować. Nawet gdybym nie przyjęła i tak wróci na mój adres. W pudełeczku znajdowała się srebrna bransoleta będąca bazą do charmsów. Fajnie!... Informuję więc teraz, że można ją mi zapełniać. Nie wiem komu ale…. DZIĘKUJĘ! Potem były torebeczki pod choinką. Od Mikołaja…
Dostawcy się sprawdzili…. No chyba że jeszcze przyjdzie coś po świętach. Aaaaaaaaaaaaaaaaaa… no zapomniałam nadmienić że w sobotę znajomi przynieśli spory telewizor… -bo miałam maleńki i zaczynałam do oglądania używać szkieł. Wymiana odbiorników na te ogromniaste ma jednak swoje zalety….- przynajmniej korzystne dla mnie.
Autko na nowym akumulatorze jeździ jak burza. Odpala na spojrzenie i używam już sobie radia i odtwarzacza.
Jak pięknie skrzą się lampki na choince… W tym roku ubrałam ją na złoto. Jednak w każdym z nas drzemie dziecko… Przynajmniej w okresie świąt.

niedziela, 22 grudnia 2013

ŚWIĘTA...


SZCZĘŚLIWYCH… KOJĄCYCH… WARTYCH PAMIĘCI… PRZEŻYTYCH W ZGODZIE ZE ŚWIATEM I Z SOBĄ SAMYM… PEŁNYCH ŻYCIA I MIŁOŚCI ŚWIĄT-  ŻYCZY TA... CO CHODZI PO KRAWĘDZI LOSU…

Wigilia świąt wieczór magiczny
najbliżsi siedli do stołu
nastrój podniosły i liryczny
zapach choinki w całym domu
na stole obrus śnieżnobiały
a  pod obrusem świeże siano
i wolne miejsce dla gości
 -tych których w myślach przywołano.


wtorek, 3 grudnia 2013

GRUDNIOWO...



Ojej…. Jak bliziutko są już święta. Jesienno-zimowa infekcja…..- zaliczona. Przechorowałam ubiegły tydzień- w łóżku. Nie byłam w stanie wstawać i cokolwiek robić. Było to problemem, bo Długi był na ćwiczeniach w wojsku. Szczęściem przed jego wyjazdem zrobiłam stosowne zakupy,- jako że już w weekend „drapało mnie” w gardle. Był więc ugotowany rosołek…- poporcjowane i zamrożone obiadki. Były kupione soki i podstawowe medykamenty do przetrwania choroby. I cytryny były… i miód… i sok z malin. Czosnek był i naszykowane zmiany pościeli i bielizny nocnej. Było wszystko oprócz siły do obiegania samej-siebie. Dałam radę.
Mona Liza już dawno skończona. Mogłam ją zrobić lepiej ale po prostu już mi się nie chciało. Do wystawy nie dotrwał jeden z obrazów Klimta. Poszedł prawie na pniu… łącznie ze wspomnieniem z wakacji. E tam… do walentynek zdążę namalować następny. Tylko  już mi się nie chce.
Pieczenie ciastek na święta -w toku. Wczoraj machnęłam trochę… a dziś już leży naszykowane na następne-  ciasto. Bawi mnie to dekorowanie… tym bardziej, że obecnie elementów dekoracyjnych gotowych- mrowie.
Opadają mi już skrzydełka, jeśli chodzi o szykowanie jedzenia na święta. Długi sam dziś powiedział- że ograniczyć mam prace; bo co potrzeba-  wszystko można kupić gotowe. I ma rację! Dzisiejsza wizyta w markecie to zakupy przede wszystkim „chemiczne”… włącznie z tankowaniem paliwa. Coś dobry wyjątkowo się robi… i czuję „przez skórę” z czym to się wiąże. Ja jednak kolację wigilijną chciałabym spędzić bez obecności tej panienki. Póki mogę… póki nie muszę. W sobotę- imieninowe spotkanie rodzinne. Ciuchy naszykowane do prasowania. MUSZĘ wypaść dobrze. Od jutra zajmę się swoim ciałem. Też musi wypaść dobrze. Trudny dla mnie zawsze jest grudzień. Zbyt wiele wydatków na jeden miesiąc, a w dodatku jestem bez płaszcza zimowego. Jakoś dawałam radę… z powodu poruszania się wszędzie autkiem. W tym roku jednak zaczęło mi się robić niespodziewanie zimno… No cóż – sprzedam obrazy kupię płaszcz.