poniedziałek, 31 sierpnia 2015

O RYSOWANIU Z PRZYMRÓŻENIEM OKA...



Systematycznie odwiedzam blog Hanny Bakuły. Wkurzają mnie niektóre rzeczy...- ale to jej blog i sposób jego prowadzenia. Poza tym ma charakter jaki ma i jej sposób postrzegania świata, nie powinien być obiektem moich komentarzy. Lubi marudzić i nic jej się nie podoba oprócz niej samej... to jej sprawa. Ostatni wpis z dnia wczorajszego przypomniał mi moje lata wczesnej młodości. Nasz dom był nietypowym... jako że w każde święta... zwłaszcza bożonarodzeniowe kiedy mróz na dworze i zawierucha ( tak! kiedyś tak bywało na święta) Mama siadała z książką w dłoniach i czytała na głos kultowe pozycje. Była to Stara Baśń... czy Księga Dżungli. Trylogia czy Pan Tadeusz. Po śniadaniach było rysowanie. Każdy co chciał... a gdy praca była skończona pokazywanie sobie wzajemnie swojej twórczości. Pewnego wielkanocnego święta padło hasło:- "najśmieszniejszy rysunek"!
Na mojej kartce powstało jajko wielkanocne... bajecznie kolorowe i wyposażone w krótkie ręce i baaaardzo długie nogi. Miało warkoczyki a na każdym ogromną kokardę. Byłam przekonana o tym że będzie śmiesznie i nie mogłam doczekać się... aż Mama skończy swoją pracę. Gdy zobaczyłam co wymyśliła... musiałam dać Jej palmę pierwszeństwa. Na jej kartce bowiem, widniała grupa........ szkieletów, trzymających w "kościach" sikawki strażackie i uprawiająca dyngus. Takkkkk... były to piękne, beztroskie czasy. Nie wrócą i nie powtórzą się, bo takie chwile przeżywa sie tylko raz.
Tendencje dorysowania scenek rodzajowych miałam od czasu... w którym to udawało mi się utrzymać w dłoni ołówek. Była klasa pierwsza... kiedy to moje zdolności do odwzorowywania rzeczywistości miały po raz pierwszy nieprzyjemne konsekwencje.
Nasza wyjątkowa wychowawczyni... nie trzymająca się kurczowo tylko programu nauczania, ale rozwijająca w uczniach wszystkie zdolności jakich zaczątki mieli, zabrała nas kiedyś do parku na spacer. Była kolorowa jesień... idąc śpiewaliśmy piosenki... a ona pokazywała piękno krajobrazu, którego z pewnością nie zauważylibyśmy gdyby nie jej sugestie. Chłopcy rozrabiali... a na mnie ogromne wrażenie z oburzeniem wywarł fakt,- iż jeden z kolegów włożył rękę pod sukienkę mojej przyjaciółki.
 Po powrocie z wycieczki "Pani" kazała wyciągnąć bloki i kredki... i narysować to... co widzieliśmy. Na mojej kartce był park i kolorowe drzewa. Wiewiórka którą widziałam i lecące z drzewa kasztany. Pod drzewami dzieci. Wszystkie miały ubrania w kolorach rzeczywistych... a dziewczynki z długimi włosami takoweż miały i na rysunku. Za dębem schylała się moja przyjaciółka zbierając żołędzie do kolorowego woreczka... a obok niej Zbysiu wsuwający rękę pod jej sukienkę. W rzeczywistości był wysoki i chudy...- taki też był na moim rysunku. Gdy zabrzmiał dzwonek... oddaliśmy prace nauczycielce i pobiegliśmy do szatni. Następnego dnia już na pierwszej lekcji Zbysiu został "rozliczony" przez nauczycielkę z tego... co zrobił na wycieczce. I nigdy nikt nie dowiedziałby się skąd wiedziała ona o zdarzeniu,- gdyby nie opowiedziała tego, jako anegdoty na końcu wywiadówki. Rodzice Zbysia... (niewychowawczo) opowiedzieli chłopakowi jak dotarła do wychowawczyni informacja o przewinieniu,- a ten... następnego dnia ogłosił klasie: "uwaga na Ankę. Co nie powie- to narysuje!"