wtorek, 28 lipca 2015

KONIEC LIPCA...


Lato...- jak corocznie najbardziej pracowity okres czasu. Brakło mi czasu na wystawy. Nie nadążam i wszystko jakoś szybko się kurczy. Oprócz prac jakie powstały...









czas gromadzenia zapasów ekologicznych na zimę i opieki nad roślinami które zaglądają mi już do innych okien.


 Nawet hibiskus w tym roku sprawia się jak nigdy dotąd i mam nadzieję że przez zimę nie zmarnieje jak poprzedni.


 Tylko posadzony wiosną cis - nie wytrzymał panujących upałów. Podejrzewałam że może zmarnieć z uwagi na bardzo skąpy system korzeniowy z jakim go nabyłam. Mam pewne plany dotyczące następcy ale zobaczymy wiosną. Podarowane pomidory to niestety nie miniaturki. Okazały sie olbrzymami koktajlowymi, które mają już (mimo cięcia) ponad metr osiemdziesiąt wysokości. Dlaczego bawię sie w ekologię? Nie z powodu panującej mody... Mój żołądek nie wytrzymuje ogromu chemii zawartej w sprzedawanej żywności. Walki jakie toczę z przewodem pokarmowym na razie są na etapie zaplanowanej na połowę września cholecystektomii... a przetwory z owoców mają pozwolić przetrwać okres zimowy. Stoją wie rządkami musy i galaretki z rabarbaru, agrestu, truskawek, porzeczek, bananów i innych sezonowych owoców. Obok wynoszą się ich wysokości kompoty w "litrówkach". Tak...- są tam moje ulubione morele i brzoskwinie... truskawki i wiśnie. Niestety nie udała się, bo sfermentowała,- fasolka szparagowa i całość musiałam wyrzucić. Robiłam pierwszy raz w życiu i coś musiałam zrobić "nie tak". Nie- nie będę mroziła z uwagi na małą powierzchnię zamrażalnika. Właśnie kiszę ogórki.  W tym roku po okresie kiszenia będę pasteryzowała. Będą jeszcze pomidory i następne dojrzewające owoce. Młody zasponsorował nową szafkę, wiec sama daję radę z upychaniem letnich skarbów. Do tego czasu musiałam toczyć walkę o znoszenie słoików do piwnicy bądź wkładanie na pawlacz. W kuchni w sporym słoju stoją "nacukrowane " wiśnie. Nigdy nie robiłam soku w ten sposób... nawet w Internecie nie mogę znaleźć przepisu na takie właśnie wykonanie. Na razie stoją i wydają z siebie sok,- a ja prowadzę walkę z muszkami owocówkami, żeby ani jedna nie zepsuła mi mojego przetworu.
Na tapecie... a właściwie sztaludze, stoi praca... mająca być prezentem na "śluby wieczyste". Mamy w rodzinie siostrę zakonną i właśnie przyszedł czas ślubowania swojemu Oblubieńcowi. Odpowiednik "wyświęcania" na księdza wydaje mi się być nieco dziwny, bo otrzymują zakonnice srebrne obrączki... ale może to ja jestem dziwna i nie chce zrozumieć tego, co dla innych jest oczywiste. Całe listy ewentualnych prezentów spisywane przez te młode osoby, krążą po rodzinie i "czynione" są zakupy jak na wesele. No cóż... nie dostosowałam się do życzeń. Siostra Eliana otrzyma reprodukcję obrazu Oblubieńca, który wisi w przyklasztornym kościele, własnoręcznie wykonaną kartkę z życzeniami na wybraną drogę życia z informacją o mszy "za powołanie". I tak patrząc na całą organizację przedsięwzięcia... jestem zniesmaczona. Zapomniano bowiem o skromności... pokorze i wzniosłości  uroczystości. Jej główna bohaterka zgubiła chyba także gdzieś  poczucie sprawiedliwości, miłości nie tylko bliźniego ale i najbliższych. Jeśli mamy bowiem jakiekolwiek wątpliwości, a w każdej sytuacji konfliktowej takie powinny być, należy je samemu rozwiać by spokojnie wznieść ręce do Najwyższego.


Uroczy Pantofelek już przekwitł.