sobota, 28 czerwca 2014

SOBOTNI PORANEK...



Gdybym kierowała się nastrojem… właściwie zupełnie inny wpis powinien pojawić się pod dzisiejszą datą. Zazwyczaj tak było… i zazwyczaj był to wpis mroczny… mało zachęcający do rannego postawienia bosej stopy na przyłóżkowym dywaniku. Rzeczywistość taka była… i wpis byłby najprawdopodobniej właśnie taki gdyby nie…. dzwonek telefonu. Gdy odłożyłam telefon na stolik, licznik pokazał liczbę 1:45:22   I o dziwo nie była to poranna rozmowa z jedną z moich nieszczęśliwych koleżanek. Nie byłam dziś odbiorcą confessio. To mnie chciano dziś wysłuchać… bo wyczuto taką potrzebę z tembru głosu. Nie do tego odbiorcy chciałam się „przytulić”, ale rozmowa… skierowana na właściwe tory, spowodowała inne rozpoczęcie dnia niż się tego spodziewałam. Tak więc nie będzie dziś o nieszczęściu… o pechu… o ironicznym losie… i wszystkim innym co mogłoby zakłócić radość z tego słonecznego dnia.  Dziś będzie o radości jaką potrafi dać roślina… która  kupiona  z litości dwa miesiące temu jako dwa cienkie badyle,-  spowodowała że musiałam ją przesadzić do większej donicy… a pędy mają już ponad metr...




O tym że inna… uratowana z trzema marnymi listkami na początku zimy, cieszy teraz oczy i rośnie także w większej donicy.






 O przepięknych kwiatach na balkonie i portfenetrach, które zwisają już do połowy barierki… 




O hibiskusie kupionym w markecie, za 2 złote i właściwie  przeznaczonym na wyrzucenie. Zakwitł pięknymi kwiatami o herbacianym kolorze.







 Nie mogłabym nie wspomnieć o zwisającej truskawce, która właśnie kończy owocowanie… i o tym że popularna „komarzyca” spełnia swoje odstraszające zadanie. Widok lamp solarnych, które zapalają się wraz ze zmrokiem, trzeba zobaczyć, aby móc podziwiać ich wyjątkowe piękno przebijające spośród kolorowych płatków kwiatów. Dotknąć bujnej czupryny naci pietruszki kędzierzawej rosnącej w koszyku i spróbować smaku szczypioru siedmiolatki,  która rośnie w koszyku obok. A tuja?  - tak… ta tuja która straciła zimą 1/3 zielonego pióropuszu? Nikt nie wierzy że to ta sama roślina. A ona puszy się przepięknie udowadniając, że szczęście można rozdawać tylko wówczas gdy samemu jest się szczęśliwym. To wielkie kolorowe szczęście znajduje się w jednym miejscu. Na powierzchni balkonu 1x1,5 metra… na którym stoi także „pół” okrągłego stolika i fotelik dla gospodyni. Szkoda tylko że na „ten fotelik” ta gospodyni ma tak mało czasu. Jednak ta „gospodyni” postanowiła wrócić do swoich zarzuconych pasji… a zacznie od kontynuacji zaczętego już dla kogoś anioła. To wycisza i uspokaja… A tego spokoju i wyciszenia bardzo teraz potrzebuję.



niedziela, 22 czerwca 2014

ŚWIĄTECZNA ROZMOWA...



Zawsze przyciągała „nie takich” facetów. A to był to ledwo opierzony młokos, których nie cierpiała… A to pojawił się „starszy stateczny” których lubiła, ale tego interesowało przede wszystkim jej atrakcyjne, młode ciało. Potem ci… dla których była „dobrą partią”. Z tym , którego pokochała była 4 lata. Początki nie były łatwe i proste. Ani dla niej… ani dla niego. Po traumie jaką przeżyła jako nastolatka pozostały blizny… otwierające się na widok każdego faceta. Obydwoje walczyli z przeszłością ponad rok. Jej zaangażowanie…. jego cierpliwość… i wydawało się wszystkim że są parą idealną. Wyzuta z zazdrości… ufna jak dziecko… nie zauważała że miłość i szczęście wymyka jej się z rąk. Nawet wówczas gdy otoczenie słało sygnały,- przyjmowała je jako zazdrość o szczęście… złośliwość… wrogość. Do dnia, w którym usłyszała że nie jest już kochana… że właśnie zostanie teraz sama i że prosi się ją o wybaczenie. Nie wybaczyła… Nie umiała zrozumieć dlaczego tak się stało… gdzie i ile jest w tym co się stało,- jej winy. Po wielkiej miłości pozostały „przyzwoite stosunki” pomiędzy tymi dwojga.  Zostało także ostrzeżenie i ziarnko nieufności i umiejętność zazdrości.  Postanowienie o tym że już zawsze będzie sama, było nie do obalenia i trzymała się tego jak tonący koła ratunkowego. I nawet chyba było jej z tym dobrze. Dobrze… bo czuła się bezpieczna… Nie do ruszenia… i nie do zranienia powtórnie. Pielęgnowała to swoje singielstwo… a słabości zakrywała określeniem własnej osoby jako „zimnej francy”. Najprawdopodobniej to potrzeba miłości… jakaś wewnętrzna samotność pchnęła ją w ramiona człowieka, którego początkowo nie trawiła. Wydawał jej się arogancki i bezczelny… a z czasem zamieniający się we wrażliwego, ciepłego delikatnego faceta. Chyba ta delikatność przełamała większość barier jakie postawił przed nią los…  i które sama zbudowała przed sobą. I gdy miała obalić ostatnią,- zapaliła się przed nią „lampka ostrzegawcza”. Nie potrafię zdecydować czy to rzeczywiście kolor czerwony… czy tylko do czerwonego podobny. Na zadane mi pytanie…- nie potrafię odpowiedzieć jej jednoznacznie. Widzę… że bardzo chce wierzyć, że to tylko sen czy maligna. A co będzie gdy podpowiem „uwierz”…  a lampka będzie rzeczywiście czerwoną? Jeśli historia się powtórzy? Nie wiem… Już nic nie wiem. A ona ciągle, uparcie zadaje dziwne pytanie:- DLACZEGO?