niedziela, 31 lipca 2011

wspomnienia...


Poznałam Cię jesienią… W taki dzień jak dziś… Ciepły, deszczowy wieczór. Twoje oczy biegały za ruchem moich rąk. Dzwoniłeś minutę po rozstaniu… „Już tęsknię”, - szeptałeś do słuchawki. Pomyślałam wówczas o tym, co stało się rzeczywistością za kilka lat. Czy żałuję?... Nie- nie żałuję. Każda miłość zmienia się na inną. Później… kocha się już tylko wspomnienia i człowieka młodszego o te kilka lat. Kocha się takiego… jakim był w momencie wybuchu uczucia. Myślałam o Tobie ostatnio. Wspominałam wiele rozmów… Tą,- podczas której krzyczałeś do słuchawki:- „bądź ze mną, bo boję się bez ciebie..”- także. Nigdy nie myślałam, ze człowiek taki jak Ty… może bać się czegokolwiek. Nawet śmierci…

codzienności...

Słuchów- jakie mnie dochodziły o obfitości grzybów w lasach, nie miałam okazji sprawdzić na rynku. Rozmowa z kuzynem, który jest poniekąd specjalistą od fauny i flory zdawała się potwierdzać zasłyszane informacje. Podobno SĄ… i to są już grzyby jesienne. Mało tego… wiele oznak w przyrodzie wskazuje na to,  iż jesień przyjdzie stosunkowo szybko. Informację dla grzybiarzy potwierdził wczorajszy i-meil jaki dostałam od znajomych. Pasjonaci ci  najczęściej zbierają grzyby na terenach poligonów wojskowych (sit!) a fotograf amator, przysłał mi „na pokuszenie” zdjęcia. I zazdrość mnie ścisnęła „w dołku”… ale przecież nie wszyscy mają takiego farta.







            

                        

Uwielbiam jesień… Taką ciepłą, kolorową… taką październikową… taką obwitą w zbiory. Z wielu względów ją lubię i tylko perspektywa zimy… ogrzewania… ograniczeń i snu przyrody. przygnębia i umniejsza jesienną radość. Jakiekolwiek jednak upodobania czy emocje nie mają tu większego znaczenia. Każda pora roku ma swój czas i czy ją lubimy… czy nie- przyjdzie.
Wczoraj zakończyłam bardzo trudny tydzień. Wiele zdarzeń pokazało jak bardzo pozwoliłam sobie na słabości…. Czas stanąć na nogi i wziąć oręż w dłonie. Niedomaganie i wszystkie związane z nim konsekwencje, nie powinny usypiać czujności i prowokować otoczenia do ataków.
Od dwóch dni choruje mi Brunek. Ma biegunkę i nie chce jeść. W nocy zwracał flegmowatą treścią. Rano zaaplikowałam mu Smektę. Bronił się biedak… a jednak chyba troszkę pomogła. Po godzinie położył się spać i na razie nie biega do kuwety. Nie mam pojęcia skąd te dolegliwości. Nie wychodzi przecież na dwór a jedzenie to produkty przetworzone. Wodę pije przegotowaną. Myślę że to infekcja przewodu pokarmowego, źródła jednak  nie znam. W południe dostanie skromny posiłek przeznaczony dla małych kotów… a więc delikatny ale pożywny. Jeśli zje,- droga do zupełnego wyleczenia… otwarta.
















sobota, 30 lipca 2011

skrzynka pocztowa...


Państwowa biurokracja… a właściwie jej rozbudowywanie sięga zenitu. Miliony druków i formularzy… Zawiłość ich treści i skomplikowaność w wypełnieniu powoduje, ze większość z nas sięga po pomoc i często niestety jest to pomoc prawnika. A ten bierze… Bierze sporo, bez kasy fiskalnej i bez skrupułów. W przypadku osób takich jak ja- Internet… drukarka… i rezygnacja z pomocy prawnika pozwala pewną sumę zatrzymać w domu. Ja- dziś jednak o innej kwestii. Jest koniec miesiąca i zapełnia się skrzynka pocztowa korespondencją. Oprócz setek reklam i korespondencji jak ją nazywam „przyjemnej”- stosy rachunków. W tym miesiącu „przyjemnej” było sporo z racji imienin, ale pokaźny był także pakiet korespondencji „obowiązkowej”. Jak co miesiąc. Rachunek za gaz… elektryczność… komórki (bo nie zrezygnowałam jednak na korzyść elektronicznego). Kabel i internet… i rachunek czynszowy. I zastanawiam się właśnie ile mój MZBM wydaje miesięcznie na pocztę. Właściwie ten czynsz powinien być stały ze zmianami raz na kwartał,- z uwagi na rozliczenie wody… jednak nie. Rachunek przychodzi CO MIESIĄC. Zdarza się… że dwa razy w miesiącu na różne kwoty… i co ciekawe ostatnio wprowadzono comiesięczne blankiety o różnych numerach kont. Po prostu co miesiąc na blankiecie jest inny numer konta. Pomijam wypadki zaległości czynszowych… bo to jest do odtworzenia. Na jaki jednak numer konta wpłacić ma lokator pieniądze gdyby chciał zapłacić czynsz na kilka miesięcy z góry?  NIE!... Naturalnie nie zwariowałam i nigdy tak idiotyczny pomysł nie przyszedłby mi do głowy. Choćby z takiego powodu, że gospodarka w naszym mieście jest nieekonomiczna. Trwoni się pieniądze na bzdury… a straty  z niegospodarności rosną w zastraszającym tempie. Najnowszy dyrektor obiecywał poprawę sytuacji i zrobienie porządku z ludźmi niepłacącymi za mieszkania, jednak to wszystko nie przebiega tak- jak powinno. Poprzez bałagan rosną niepotrzebne koszty procesów… a niezasiedlenie pustostanów pcha instytucję na dno. Dziwi mnie decyzja prezydenta o powierzeniu stanowiska dyrektora osobie, która nie sprawdziła się w poprzednio piastowanych urzędach. W każdej sytuacji jest jakieś wyjście i przecież zasiedlić te mieszkania można rodzinami, które zgodzą się na własny koszt przeprowadzić ich remont.
Przeglądam wiec rachunek czynszowy i bacznie rejestruję numer konta. Cholera!... Robią sobie dodatkowy bałagan i mącą nam  w dokumentach. Przecież po to jest funkcja „odbiorca stały”,- by nie wpisywać co miesiąc innego  numeru konta. Wypada tylko przytoczyć przysłowie: „jaki pan-taki kram…”. Bo to prawda,- że taka zagroda –jaki gospodarz.


poniedziałek, 25 lipca 2011

poniedzielne nastroje...


.
Wieści morza
Staff Leopold
W dzień biały morze śpiewa, szepce i szeleści,
Samemu sobie jeno gwarząc opowieści.
Kto się w nie wsłucha, słyszy w jego dziwnym szumie
Dalekie, tajne głosy, których nie rozumie.
Ale po nocy ciemnej, wśród pomrocznej głuszy
Morze prawi wybranym o swej wielkiej duszy.
I kto w swej piersi prawdom nieznanym nie przeczy,
Umiejąc słuchać głosów niewidzialnych rzeczy,
I samotnością łaskę swej jawie wysłuży,
Temu morze się zwierza, wieści, z duszy wróży,
  
Iż, utopiony sercem w oszołomnej pieśni,
W zachwycie najpiękniejszą bezsenną noc prześni.
A gdy upojonemu wiedzą w morskim wietrze
Z oczarowań zawrotnych powieki świt przetrze,
Co złotą obietnicą słońca się uśmiecha:
Ujrzy, jak łowiąc nocy pierzchającej echa
Wypływają z dniejących wód tajnej głębiny
W sen o pieśni Ariona wsłuchane delfiny.




piątek, 22 lipca 2011

czy to wszystko ma wogóle jakiś sens...



Lupo… ostatnia z moich prac…
Czy to w ogóle ma sens…





















lipiec...



Spojrzałam dziś na kalendarz i przecierałam oczy ze zdumienia. Na moim kalendarzu nie ma daty 28 lipca. Szczególny kalendarz- pomyślałam bo data ta- zastąpiona została liczbą 29. I wpadł mi do głowy szalony pomysł… Gdyby tak wszystkie nieszczęścia zapisać pod datą 28 lipca,- jakże łatwo płynęłoby dalej moje życie… WIEM… Bez nieszczęść nie znalibyśmy smaku szczęścia i wszystkiego co dobre nas spotyka. Bo po upalnych dniach potrzebny jest burzowy wieczór…. Jednak są chwile gdy krzyż jaki niesiemy wydaje się nie do udźwignięcia i taki kalendarz wydaje się być najlepszym rozwiązaniem.

















czwartek, 21 lipca 2011

jeden z wieczorów...


Czy wolno mi jeszcze marzyć?...
Czy nie powinnam bać się śnić?...
Czy przymknięcie  oczu powinno już tylko rozbudzać przemyślenia…
Czas jaki mi odebrałeś… proroctwa Twoje,- budzą nocnym, zielonym snem.
Śniłam go przed dołem w jaki mnie wepchnięto…
Chciałam… starałam się przezwyciężyć lęk, ale pozostał…
Długo w dzień….
Rozpłaszczona, wyschnięta żaba na asfalcie…
 Chciałam nią być, bo ma wszystko już za sobą…
Stary przeciwnik z nowym mieczem…
Szumiące liście za oknem i zapach petunii…
Ten zapach tak słodki…
Czy wiesz że także słodko pachnie śmierć…