niedziela, 10 lipca 2011

zadbanie o siebie...


Piątek to dzień… w którym lekarze mają stosunkowo niewielu pacjentów. To tylko kontrole wyników…. skierowania… wypisywanie recept. Poszłam więc z tymi swoimi słabościami do lekarza w piątek. Nie pchałam się „na pierwszą” bo wcale na tym „pierwszeństwie” mi nie zależało .  Wręcz przeciwnie. Miałam zamiar swobodnie pogadać z medykiem i wraz z nim dojść do przyczyny moich bezustannych słabości. W poczekalni zjawiłam się godzinę po tej… w której powinien rozpocząć przyjmowanie. Zazwyczaj były tam w te piątki już tylko ze dwie osoby. Zdziwko,- jak mówi Długi… bo wszystkie sześć krzeseł było zajętych przez pacjentów. Po grzecznym „dzień dobry” spytałam kto „w tej kolejce oczekuje jako ostatni”. Staram się właściwie dobierać słowa, by nie obrazić nikogo określeniem „ostatni/ostatnia”.  Ostatnią była starsza pani… odziana modnie, czyli bardzo jaskrawo.  Makowa czerwień na paznokciach jej rąk i nóg dawała świadectwo porze roku. Po 15-tu minutach oczekiwania… spytałam nieśmiało ilu pacjentów przyjął już lekarz.  Matko jedyna czego się nasłuchałam… Dowiedziałam się wówczas  że: ..LEKARZ JESZCZE NIE PRZYSZEDŁ I WŁAŚNIE SPÓŹNIŁ SIĘ JUŻ PONAD GODZINĘ. ŻE TO NIEDOPUSZCZALNE I CO ON SOBIE MYŚLI... ŻE DRWIENIE Z PACJENTÓW NIE GODZI SIĘ TEJ PROFESJI I CZAS Z TYM SKOŃCZYĆ… Dalszych informacji przepisywać nie będę. W duchu powiedziałam tylko… że zakładam się o dobre lody…  że gdy przyjdzie- nawet nie przeprosi. I stało się jako przewidziałam. Po półtorej godzinie spóźnienia, nasz domowy kurdupel… sorry lekarz pojawił się w przychodni. Przebrał się w fartuch… zaliczył toaletę… zamówił u rejestratorki służbową kawę i wszedł do gabinetu. Jakoś szło, bo znam zasady jego pracy, Zdziwiłam się tylko czasowi jaki poświęcił makowej damie. Rozmawiali ponad 20 minut i gdyby nie wiek owej, pacjenci snuliby różniaste domysły. Powitał mnie z uśmiechem… Nie powiem bo grzecznie… mając oczywiście powód jaki dostał podczas wizyt u mojej bardzo chorej, żyjącej jeszcze mamie. Wysłuchał bolączek jakie udało mi się z siebie wydobyć. Tu muszę objaśnić czytających… że jestem osobą, która potrafi opowiadać o swoich dolegliwościach ale…. ALE NIE MEDYKOM. Przy nich nie potrafię nawet  wskazać konkretnego miejsca bólu. Wysłuchał… i zamiast wypisać skierowanie na wyniki krwi i moczu, złapał bloczek do wypisywania recept. Ilość recept rosła proporcjonalnie z kurczeniem się stanu mojego konta, ale trudno. Chowając te papierzyska mówiłam…- rozumiem, iż po zażyciu wszystkiego zrobimy analizę krwi i zobaczymy czy jestem zdrowsza. Spojrzał na mnie spoza szkieł jakby nie wiedział o czym mówię. Do widzenia,- usłyszał w tym momencie… i nawet nie wie ile przychodnia na mnie wyda za miesiąc. Zażądam bowiem  skierowania na wszystkie analizy jakie powinien zrobić mi już teraz.
Od piątku… trzy razy dziennie, jadam garście małych... posiadających  różne kształty tabletek. Wypijam jakieś wapna…. potasy i magnezy. Brunek obwąchuje mnie podejrzanie, ale chyba rozumie że zapach swojej pani zmieniły te świństwa jakich zażywa. I chyba medyk utrafił z zaordynowaniem leków… bo dziś czuję się trochę silniejsza.
Za tydzień znów wystawa… Wszystko mam spakowane więc czekam spokojnie.
Kwiaty za oknem kwitną jak szalone. Nawet petunie, które zazwyczaj w tym okresie nie wyglądają najkorzystniej puszą się bujnością i kolorami. Pomidorki koktajlowe już czerwienieją. Wylewam do korytek dziesiątki litrów wody z nawozami… ale wdzięczne rośliny cieszą widokiem i zapachem. Wieczorem i nocą, pachną w całym mieszkaniu. Czerwona pnąca róża na balkonie kwitnie. Niestety żółta-nie. Może jesienią?...
Otumaniające zapachem lilie stały w wazonie ponad tydzień. Zadbałam o to  pozbawiając je tego co przyspiesza więdnięcie… i przedłużyłam  swoją radość znacznie.
Wieczór… Teraz chłodny tusz i wieczorna kawa. Nie mam nic do czytania, więc pozostaje tylko TV. A może znajdę jakąś ciekawą galerię w necie i pooglądam obrazy. Choć teraz trudno… Czas urlopów i wakacji.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz