niedziela, 26 kwietnia 2015

WIOSNA I KŁOPOTY...



Pozbyłam się nareszcie kaszlu i "wielkich słabości" po grypie. Potrzebny był niestety jeszcze silny antybiotyk i tydzień "wydalania" z siebie wszystkiego co zalegało. Tak bardzo ulżyło to moim cierpieniom, że przyszła wena i pędzel jakoś sam wszedł do ręki. Lubię malować zimę więc powstały zimowe gęsi a w trakcie jest zagroda. Musiałam zająć się komercją, więc w międzyczasie siadają na podobraziach aniołki. Kwiaty na balkony już kupione. Wczorajszego ranka wsadziłam w korytka a  pracowałam przy tym ponad 4 godziny. W końcu musiałam uporządkować wiosenne roślinki i zastąpić je letnimi. Ile posadziłam? Posadziłam 35 sztuk pelargonii, surfinii i petunii. Będą jeszcze i pomidorki koktajlowe i cis, który zastąpi zmarniała tuję... i z pewnością jakieś cudeńko, które wpadnie mi w oko. Na razie jestem spracowana i obolała od noszenia ciężkich korytek. Dlaczego je nosiłam? Nosiłam bo Długi był wczoraj w pracy.
Z długim mam poważny problem i nie mam pojęcia jakiego fortelu użyć by sobie z tym poradzić. Do tego czasu... chłopak był szczupłym, leniwym, młodym człowiekiem z którego przypadłością (lenistwo) dzielnie... acz często nieskutecznie walczyłam. Od niedawna,- chłopak zamiast jeść... ŻRE!!! Nie..... Nie z głodu czy choroby. Nie dlatego że więcej spala,- ale dlatego że sprawia mu to przyjemność. Pochłania to, co naszykuję i dokupuje ponadto mnóstwo tuczących rzeczy. Gdy przyłapałam go na tym że słoiczek Nutelli zżarł przez jeden wieczór, zrobiłam karczemną awanturę. Zdarłam z Niego gatki i pokazałam rozstępy, jakie już mu się zrobiły na biodrach. Przedstawiłam perspektywę cukrzycy i zawałów oraz innych dolegliwości i chorób związanych z otyłością,- co w mojej rodzinie jest konsekwencją genetyczną. Tłumaczyłam jak bardzo powinien szanować to,- że był normalnej tuszy i że przecież nie chodzi głodny. Mięsień piwny ( zaczął niestety często pijać to tuczące świństwo) wygląda jak u starszego pana. Rozmowa z dziewuchą niewiele dała. Często kupuje jakieś "żarło"... (on) siedzą i jedzą. Czasami jadą popływać, żeby panna młoda jakoś wyglądała na własnym ślubie. Nie wiem... Nie mam pojęcia, jakich argumentów użyć by zmienić ten stan rzeczy! "Odchudzam" obiady, jakie podaję... Jednak cóż to da, jeśli po obiedzie idzie do siebie i podjada. Przez ostatnie dni nie miałam czasu gotować. Obiady robił sobie sam... i przez dwa dni zjadł (tylko na obiad) 1,5 kg piersi z kurczaka obsmażanych na tłuszczu. Następnego dnia kupił sobie trzy de volaille i pochłonął bez mrugnięcia okiem z chlebkiem na jeden obiad. Bosze pomóż mi, bo nie wiem co robić. Może "strzeli" żołądek albo wątroba? Nie życzę mu przecież źle, ale być może opamiętałby się trochę! Może uchronił od gorszego kataklizmu dla własnego organizmu. Na pytanie dlaczego to robi?- odpowiada. Jem bo mam akurat na to ochotę!



sobota, 11 kwietnia 2015

PO MIESIĄCU...



Minął miesiąc... No minął od mojego ostatniego "normalnego" wpisu -nie licząc życzeń świątecznych. Bo życie jakoś dziwnie płynęło na walce ze skutkami paskudnej lutowo-marcowej grypy. Pozostałości leczę do dziś. Chrypa i lekki kaszel jaki mi pozostał po tym "....." męczy do dziś. Tak...- przejmuję się tym i leczę jak mogę. Koleżanka w wyniku powikłań wylądowała w szpitalu specjalistycznym leczącym płuca. Zrobiono wszystkie możliwe badania i......... NIC. Ostatnie dni to kuracja wapnem i PROPOLKAMI. I nawet trochę pomaga. Kaszel zelżał i często mówię bez chrypy. Będę więc cierpliwa w swojej walce.



 Leżąc... często zastanawiam się, gdzie zrobiłam błąd w leczeniu. Czy to był mój błąd... czy to wirus który zaatakował w tym roku,- tak wrednie działa. Niespotykana u mnie, wysoka temperatura miała jednak i dobre strony. Sny jakie sprowadziła, poddały nowe pomysły i koncepcje na prace.
 



Okres przedświąteczny to jak zwykle sprzątanie po zimie... Trudno się to robi gdy sił brak mimo najszczerszych chęci. Ale były i dni lepsze. W takie starałam się nawet ugotować "przyzwoity" postny obiad. Zdarzały się więc i kluski śląskie... i kopytka z kapustką... a pierogów ze śliwką w środku umieszczę nawet fotkę. Machnęłam cały głęboki talerz. Jedliśmy dwa dni.




Ciepłe wiosenne dni, napawały optymizmem. Wydawało mi się, że wraz z ładną pogodą przyjdzie zdrowie. Przychodziło,- ale bardzo powoli. Tylko Brunek olewał serdecznie wszystkie nasze kłopoty i zażywał w słoneczne dni kąpieli cieplnych.




Grudniki sprawiły miłą niespodziankę. Zakwitły mimo obcięcia po kwitnieniu bożonarodzeniowym sporej ilości odrostów. Postarały sie w tym roku wyjątkowo... i przemianowałam je na "świąteczniki" skoro mają ochotę kwitnąć na każde święta.




Na balkonach w święta kwitły sprezentowane mi miniaturowe bratki a truskawki zwisające których sadzonki kupiłam po nieprzyzwoicie,- jak na takie maleństwa- cenie, usiłowały pobudzić się do życia. Nie wiem czy z nich coś będzie, bo do dziś jakoś nie mogą sobie z tym rośnięciem poradzić.






Posadzone w donicach na balkonie żonkile- owszem, sprawdziły się. Zakwitły w
Wielką Sobotę




Dziś czuję się w miarę dobrze. Na obiad zrobię spaghetti z sosem pomidorowym na ostro, bo Długi lubi. Kilka zaplanowanych obowiązków, także z pewnością się uda. I prasowanie, którego wprawdzie nie lubię, ale nowiusieńki sprzęt ułatwia. A jutro- niedziela. I odpoczynek, którego ostatnio mam nieprzyzwoicie dużo.