sobota, 11 kwietnia 2015

PO MIESIĄCU...



Minął miesiąc... No minął od mojego ostatniego "normalnego" wpisu -nie licząc życzeń świątecznych. Bo życie jakoś dziwnie płynęło na walce ze skutkami paskudnej lutowo-marcowej grypy. Pozostałości leczę do dziś. Chrypa i lekki kaszel jaki mi pozostał po tym "....." męczy do dziś. Tak...- przejmuję się tym i leczę jak mogę. Koleżanka w wyniku powikłań wylądowała w szpitalu specjalistycznym leczącym płuca. Zrobiono wszystkie możliwe badania i......... NIC. Ostatnie dni to kuracja wapnem i PROPOLKAMI. I nawet trochę pomaga. Kaszel zelżał i często mówię bez chrypy. Będę więc cierpliwa w swojej walce.



 Leżąc... często zastanawiam się, gdzie zrobiłam błąd w leczeniu. Czy to był mój błąd... czy to wirus który zaatakował w tym roku,- tak wrednie działa. Niespotykana u mnie, wysoka temperatura miała jednak i dobre strony. Sny jakie sprowadziła, poddały nowe pomysły i koncepcje na prace.
 



Okres przedświąteczny to jak zwykle sprzątanie po zimie... Trudno się to robi gdy sił brak mimo najszczerszych chęci. Ale były i dni lepsze. W takie starałam się nawet ugotować "przyzwoity" postny obiad. Zdarzały się więc i kluski śląskie... i kopytka z kapustką... a pierogów ze śliwką w środku umieszczę nawet fotkę. Machnęłam cały głęboki talerz. Jedliśmy dwa dni.




Ciepłe wiosenne dni, napawały optymizmem. Wydawało mi się, że wraz z ładną pogodą przyjdzie zdrowie. Przychodziło,- ale bardzo powoli. Tylko Brunek olewał serdecznie wszystkie nasze kłopoty i zażywał w słoneczne dni kąpieli cieplnych.




Grudniki sprawiły miłą niespodziankę. Zakwitły mimo obcięcia po kwitnieniu bożonarodzeniowym sporej ilości odrostów. Postarały sie w tym roku wyjątkowo... i przemianowałam je na "świąteczniki" skoro mają ochotę kwitnąć na każde święta.




Na balkonach w święta kwitły sprezentowane mi miniaturowe bratki a truskawki zwisające których sadzonki kupiłam po nieprzyzwoicie,- jak na takie maleństwa- cenie, usiłowały pobudzić się do życia. Nie wiem czy z nich coś będzie, bo do dziś jakoś nie mogą sobie z tym rośnięciem poradzić.






Posadzone w donicach na balkonie żonkile- owszem, sprawdziły się. Zakwitły w
Wielką Sobotę




Dziś czuję się w miarę dobrze. Na obiad zrobię spaghetti z sosem pomidorowym na ostro, bo Długi lubi. Kilka zaplanowanych obowiązków, także z pewnością się uda. I prasowanie, którego wprawdzie nie lubię, ale nowiusieńki sprzęt ułatwia. A jutro- niedziela. I odpoczynek, którego ostatnio mam nieprzyzwoicie dużo.

2 komentarze:

  1. Witaj Aniu.
    Znaczy, że do zdrowia wróciłaś i od razu się u Ciebie wiosennie zrobiło.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiedziałam, że grudnikowi trzeba odrosty wycinać. Dziwiłam się, że nie kwitł od roku, ale byłam pewna, że to przez przeprowadzkę w nowe miejsce. Dzięki za info! :-)))
    W tym roku ponoc infekcje były bardzo zjadliwe, więc pewnie i Tobie się taka trafiła!
    Mam nadzieję, że wykaraskasz się z tego na sto procent!

    OdpowiedzUsuń