niedziela, 30 listopada 2014

BRACIA MNIEJSI…

Nauczona przez rodziców za młodu… corocznie dokarmiam ptaki. Są to zazwyczaj sikorki… bo jak nikt inny, potrafią domagać się takiego działania nie tylko na mnie. Zazwyczaj były to tańce przy balkonach i ćwirlenie uczepionego pazurkami muru- ptaszyny. Do tej pory było ciepło i wprawdzie czytałam w reklamach że LIDL sprowadził karmniki i karmę, tak się jednak składało że nie miałam okazji i czasu na jej zakup. W sobotni… więc wczorajszy ranek,- nie zerwałam się jak zwykle o 6.00 „z poscieli” lecz postanowiłam „wybyczyć” do późna. Późno to 9.00 o której jest już jasno. O tej to godzinie obudził mnie głos Długiego dobiegający z jego pokoju. Młody „basował”:… „matkaaaa!- twoje dzieci uczepione murów wołają o śniadanie!”. Otworzyłam oczęta którym to rzucił się następujący widok… - żółtobrzuche kulki, uczepione muru nie w tym oknie co zazwyczaj, darły gardziele. Niektóre trzepiąc skrzydłami uderzały o szybę. A Brunek?… Brunek przyczajony pod oknem wydobywał z siebie znajomy z polowań głos. Jesus Maria krzyknęłam ze świadomością że zaniedbałam te małe marznące istoty. I to właśnie był dzień- w którym, zaraz po śniadaniu pojechałam do marketu. Pierwsze kroki skierowałam do stoiska z karmą. Szału nie było.. Wszystko przebrane, co jednak świadczyło o tym, że ludzie przejmują się losem Braci Mniejszych. Kupiłam karmniki dla sikorek i niewielki zapas karmy. Dlaczego tylko dla sikorek? No bo tak…. Cwane wróble jakoś dają sobie radę, poza tym jedzą wszystko. Kruki, wrony i inne spore ptaszyska wyjadają nawet żywność zostawioną na balkonach, przez mieszkańców. Tylko sikorki potrzebują specjalnej dla ich organizmów karmy…. i nie jedzą chleba wyrzucanego dla gołębi. Tak więc na moich balkonach pojawiła się butelka z ziarnem, jak i siatki ze specjalnymi kulkami z różnym rodzajem karmy. Największe powodzenie mają „knedliczki” z mięsem… Od wczoraj niewiele już z tej kulki zostało. Tak więc od świtu wokół okien moich ruch tak wielki… że aż obszczymurki z rozbawieniem patrzyli na tą szczególną stołówkę. Każdy karmnik to inny sposób pobierania jedzenia. Do butelki podlatuje się… porywa ziarno i odlatuje by w spokoju wyłuskać je z łupinki na gałęzi drzewa. Za to kulki z karmą… to dopiero zabawa. Uczepione siatek w których umieszczone są te kulki… wydziobują ze spoiwa karmę i dopiero siadają na barierce balkonu by je łuskać. Siatka ma ponad metr, więc od rana wisi u mnie na balkonie metr sikorek. Takkkkk…. Tu przyznam doświadczonym… że balkon już do mycia ale…. Ale proszę państwa ile radości i spełnionego obowiązku wobec innych.  I jak to w życiu bywa… wśród społeczności sikorkowej także znalazły się osobniki wyjątkowo przebiegłe. Siedzi wiec sobie na balkonie pod karmnikiem PAN SIKOREK i wcina wszystko co posypie się najlepsze z góry. Bo nie wszystko co „baby” wyskubią zdążą złapać w dziób. Życie proszę Was… ŻYCIE…




A to foty "machnięte" komórką w trakcie śniadania.










Przylatuje kowalik... nawet zimorodek... Ptak, który żywi się w zasadzie małymi rybkami... ale przecież mieszkam nad rzeką



Jak tak dalej pójdzie...- puszczą mnie z torbami. A niech tam puszczą... ;)

niedziela, 23 listopada 2014

NARZEKANIE JESIENNE...

Ostatnia wieczerza powstaje w bólach. Muszę pisać ją na płask,- więc na bufecie w kuchni. To ogromne utrudnienie. Malowanie na desce jest trudne… poza tym rozmiarówka doprowadza mnie do szału. Używam najcieńszych pędzli jakie mam… a te na desce po godzinie są zupełnie starte. Trzeba kupić nowe… ale nie te najtańsze. Najtańsze są z surowca który uniemożliwia malowanie. Podraża to koszt pracy, ale co mam zrobić?
 Żeby podnieść sobie humor przemalowałam otrzymaną w nagrodę kasetkę do biżuterii. To nagroda od Rady Osiedla za ładny balkon… jednak mówiąc delikatnie- „nie pasowała stylem do mojej sypialni” ;) „Dopasowałam” wiec styl i zapełniłam już po brzegi. Lubię w każdym sezonie kupić sobie coś nowego „na ciało”. Najwięcej problemu mam zawsze ze srebrem. Oj wiem że i tak można czyścic i tak…. jednak w każdej metodzie są jakieś problemy z zakamarkami. Do czyszczenia złota najskuteczniejsze są płyny kupione u jubilera.
 Bluzeczko-sweterki na jesień – kupione. Wymieniłam także ciężki (nie przecież od kasy)  portfel na nowy.
Zaopatrzyć się muszę jeszcze w nowy- na 2015 rok organizer. Potrzebuję taki, w którym jest sporo miejsca na notatki a takich… jak na lekarstwo. Poszukiwania kalendarza ściennego trzymiesięcznego ( miesiąc poprzedni, bieżący i następny) także spełzły na niczym. Niby wszystko w ogromnych ilościach jest… a jednak tego, co ja potrzebuję- nie ma. Chyba mam nietypowe potrzeby…
 Powinnam jeszcze przed świętami kupić do pracowni regał. Nic już nie mieszczę a część prac leży po prostu w korytarzu na szafach.
 O przygotowaniu i wysprzątaniu autka na zimę już nawet nie mówię. Nie mogę się doprosić Długiego żadnej grzeczności czy przysługi. Ciągle zmęczony… nie mający czasu… strzelający fochami. Jak panienka przed menstruacją psia kość… jak panienka…
Do sytuacji politycznej i wyborczej się nie ustosunkowuję… Musiałabym napisać potężny elaborat… użyć masy niecenzuralnych słów… o zszarpaniu nerw już nie mówię. Powiem krótko, jak sąsiad co mieszka obok…” dziadostwo proszę państwa… nic tylko dziadostwo…”
Zimno…. A jak zimno nie przykręcam kaloryferów. Mam w nosie oszczędzanie a potem choroba za chorobą. Najgorsza jednak długość dnia. Nic nie mogę zrobić przy takim krótkim świetle. Nie dość że krótko to jeszcze zachmurzone. I tak już od tygodnia.
Ponarzekałam jak w zwyczaju… A co?! Gdzieś muszę to zostawić!
 


sobota, 8 listopada 2014

SONY IXPERIA TIPO -PORAZKA FIRMY


Z telefonu komórkowego korzystam już wieki. Zawsze była to umowa na „abonament” choć przyznam że u różnych operatorów. Z przedostatniego operatora zrezygnowałam tylko dlatego… że byłam niegrzecznie i niewłaściwie potraktowana przez frędzla, który obsługiwał mnie w salonie. Wybierając aparat, zawsze interesowałam się parametrami technicznymi jak i oprogramowaniem. Gdy więc wówczas zarzuciłam owego pana pytaniami dotyczącymi aparatu… jego oczy zaczęły przypominać wielkością- talerzyki deserowe. Myślę iż mimo ciemnych włosów miał mnie za „blondynkę”, bo gdy spytałam o oprogramowanie przełknął ślinę i hardo zamruczał: „i pewno będzie wiedziała o co chodzi…”. Zagotowałam się, ale ponieważ pozostały jeszcze we mnie resztki poczucia humoru zripostowałam dość głośno:- „wiedziałaby, gdyby obsługa była w stanie udzielić informacji…” po czym demonstracyjnie wyszłam z salonu. Była to moja ostatnia wizyta w salonie byłej ERY.
Od tego czasu korzystam z usług ORANGE u którego to operatora posiadałam już jeden „służbowy” numer. Nie jest to szczyt marzeń abonenta… ale mam w miarę spokój i pakiety które mi odpowiadają. Ale do rzeczy… Przez czas korzystania z takiej usługi przez moje ręce przewinęło się sporo aparatów. Miały różne zalety i wady. Były „dziećmi" różnych producentów… choć ulubionym była NOKIA do momentu,- w którym zobaczyłam na baterii producenta. MADE IN CHINA było tam napisane. Następnym aparatem była więc XPERIA TIPO firmy SONY. Matko jedyna i dopiero tu się zaczęło. Primo – nie lubię dotykowych… ale te inne wychodzą już z obiegu… ponadto siara mieć niemodny model. Sekundo- po pół roku na panelu zaczęły być widoczne miejsca najczęściej używanych cyfr. To jednak jest niczym w stosunku do pozostałych kłopotów. Miejsce liter MNO coraz rzadziej działa. Aby wysłać czy odebrać mms muszę za każdym razem restartować komórkę. Aby dopełnić awarii… po wykonaniu zdjęcia,- pojawia się jedno z tych które wieki temu już wykasowałam. Nowego -”ni ma”. Przebiegłam więc wiele for dotyczących owej firmy i danego modelu aparatu. Na setki komentarzy tylko 2% było pozytywnych… i podejrzewam że były to wpisy dokonane przez SONY.  Tak więc następna nauczka to taka… by najpierw zasięgnąć opinii użytkowników a potem decydować się na jakiś model komórki. W zasadzie SONY to porządna firma…. Jednak XPERIA TIPO to bubel, który bardzo nadszarpnął dobre jej imię. O innych wadach z którymi się borykam- nie będę opisywała. Lubię korzystać z wszystkich możliwości aparatów, nawet takich jak zdjęcie kontaktu czy sygnał dzwonka pod kontakt. To ułatwia mi życie i przecież po to w komórkach jest... a także nie działa jak należy. Żegnaj więc firmo SONY. Nigdy więcej już u ciebie nic nie kupię.
O naprawie nawet nie myślę… Podobno aparaty wracają z naprawy w takim samym stanie… a po roku… przecież gwarancji już nie mam.  I proszę nie wspominać o aktualizacji oprogramowania. Było i jest aktualizowane na bieżąco.
Kolczyki założone. Na razie daję radę. Nawet w nocy.
To tyle na dzisiejszą sobotę.



wtorek, 4 listopada 2014

JESIEŃ... JAK TO JESIEŃ...

Mam szczęście… Wątpliwe,- ale mam. Corocznie „jakaś” bakteria wlezie nie tam gdzie trzeba i buuuuuum- zapalenie płuc gotowe. To już drugi rok w którym zdarza mi się przebyć tą obrzydliwość. W tym roku była znacznie trudniejsza do wyleczenia i przeżycia. Temperatura złożyła mnie do tego stopnia… że trudności w transporcie do toalety pokonywałam przy pomocy „faceta” (w końcu po to jest)… a kaszel naderwał wszystko co mam w środku. Niestety serducho także. Dochodzę więc do siebie pomaleńku… z dnia na dzień odważam się na więcej a dziś –ubrana „zwiedzam” mieszkanie. Posiłki przygotowuję sobie już sama. Z powodu nawału w pracy Długi,- nagrobek mył prawie w nocy. Narzeczona została zaprzęgnięta do trzymania latarki a facet szorował. Z relacji rodzinnej wiem… a i fote kazałam dla siebie machnąć, że nawet ubranie odświętne grobowca, udało mu się jak na faceta –super. Chyba ze sknerstwa nabył znicze o wiele mniejsze niźli zadysponowałam żeby kupić, ale cóż… Nie mogłam nic więcej zrobić jak tylko westchnąć i wybuchnąć wiecznym a okropnym kaszlem.
Kolczyki?... Nie… No jasne że do chorowania musiałam zdjąć i proces adaptacyjny rozpocznę ponownie. Ale cztery dni wytrzymałam. „Na różowo” ale wytrzymałam.
Przez chorowity czas, wypróbowałam wszystkie możliwe syropy i już wiem… że dla mnie najskuteczniejszy jest prawoślazowy. Słynne ACCoptima zadusiłoby mnie na amen. Z miodów najsmaczniejszy jest akacjowy, lipowy, faceliowy i rzepakowy. Trudny do przełknięcia jest gryczany… Po prostu go nie znoszę. Skuteczne inhalacje z rumianku znacznie łagodzą szorstkość śluzówek. A do sporej ilości czosnku w jedzeniu- można się przyzwyczaić. I tylko przykrość pozostała, bo kot mój ukochany… na dobre przeniósł się do młodego. Odstraszony moim wiecznym kaszlem, tam znalazł ciszę i ukojenie dla wrażliwych swoich uszu.
Czas wolny przeznaczam na pielęgnację umęczonego chorobą ciała. Nie powiem skuteczne są wszystkie specyfiki jakie nabyłam i karmię nimi swoją skórę. Młodsza od nich nie będę… bo nie da zmienić się daty urodzenia, jednak ładniejsza od nich ona… oj ładniejsza.
Pożegnałam męża mojej przyjaciółki. Po półtorarocznym leczeniu uległ nowotworowi. Podziwiam Wdowę… ja nie mam tyle siły.
Następna praca to ikona- „ostatnia wieczerza”. Czas zrobić swoje i wynieść z domu dechy. Najbardziej przeszkadzają. Poprowadź Stwórco moją rękę by wyszła tak…- aby Tobie się spodobała.
Następny post o najgorszym na świecie telefonie komórkowym.