piątek, 21 marca 2014

WERNISAŻ...


Wernisaż wystawy zbiegł się z otwarciem największej galerii w mieście w którym mieszkam. Fatalny zbieg okoliczności, ale tak postanowił komisarz wystawy… bo tak mu pasował termin. Trudno. Nie przewidywałam wielu gości… bo w takim przypadku, idzie się przede wszystkim nie na wystawę. A jednak nic nie jest takie , jak wygląda. Ilość zainteresowanych moimi pracami przeszła oczekiwania nie tylko moje. Zwykły dzień zamienił się w magiczny… a gość specjalny jaki przybył by się ze mną spotkać sprawił nie tylko miłą niespodziankę… ale omal nie przyprawił mnie o omdlenie. Tak to bywa z poczuciem humoru facetów… w sumie jednak było miło. Imprezy takie łączą się z wyrazami uznania dla twórcy… a więc do wręczenia kwiatów. Pachną cudownie… jeszcze ładniej wyglądają.







 

sobota, 15 marca 2014

BUDYŃ...



Dostałam dziś e-meila. Niby zwykłe narzekanie… Niby nie powinnam ze względu na niektóre zwroty…- jednak zmiana treści nie oddałaby nastroju i nie wprowadziła właściwej atmosfery. Umieszczam więc treść na blogu,- dedykując ją mojemu drogiemu Z.



Miałem już dzisiaj nic nie pisać ale się wkurwiłem jak nigdy!
Muszę odreagować.
Sorry za błędy i ogólny chaos, ale mam to w dupie.
Jebany dr Oetker!
No co mnie kurwa podkusiło, żeby kupić budyń z tej zajebanej firmy?
Siedziałem sobie w domu, czytałem to i tamto, aż mnie nagle złapała ochota na budyń. A z pięć lat już tego gówna nie jadłem. No i się wziąłem ubrałem, pobiegłem do sklepu
Poproszę budyń.
Proszę.
Dziękuję.
Szybki powrót do domu.
Na opakowaniu napisane, że gotować mleko, potem wsypać, bla, bla, bla.
Zrobiłem jak kazali. I co?
I wyszło mi kakao! Rzadkie jak sraczka. Tego się nie da jeść.
Jak te pieprzone chamy mogą nazywać to coś budyniem i jeszcze chwalić się nową recepturą? Mam tego dość.
Dość jebanej demokracji, kapitalizmu i całego tego ścierwa, które weszło do nas po '89.
Chce takich budyniów jak za komuny!
W brzydkich opakowaniach, ale gęstych z takimi wkurwiającymi grudkami!
I kisieli też chcę!
Niedawno na własne oczy widziałem jak moja znajoma PIŁA kisiel! Jak kurwa można pić kisiel?
Czy nasze dzieci już nie będą pamiętały, że to należy wyjadać łyżeczką, do której wszystko się lepi i na koniec trzeba oblizać?
Kto mi zabrał szklane litrowe butelki z koka kolą?
Komu one przeszkadzały?
I mleko w butelkach i śmietana, które kwaśniały bo były prawdziwe!
A teraz po tygodniu stania na kaloryferze dalej jest "świeże" - co to kurwa za mleko?
A dzieci myślą, że to mleczarnia mleko daje a krowa jest fioletowa.
A te butelki takie fajne kapsle miały, skoble do strzelania w dupę się z nich robiło!....
A gumki się z szelek wyciągało. Gdzie teraz takie szelki?
Dlaczego teraz nawet wafelki prince polo są w tych cudnych opakowaniach zachowujących świeżość przez pięćset lat? Ja chce wafelków w sreberkach!
I nie tylko prince polo, ale i Mulatków!
Jaki dziad skurwił się zachodnią technologią, dzięki której teraz wszystkie cukierki rozpływają się w ustach. A nie tak jak kiedyś, trzeba je było gryźć, tak normalnie - jak ludzie!? No pytam się, no!
Pierdolę mieć do wyboru setki rodzajów lodów i nie móc zdecydować się, na jaki mam ochotę! Kiedyś były tylko bambino w czekoladzie i wszyscy byli szczęśliwi,
A jak rzucili casatte to ustawiała się kolejka na pół kilometra. Czy ktoś pamięta jak smakuje prawdziwa bułka?
Nie, kurwa, nie tak jak w waszych pierdolonych sklepach, napompowane powietrzem kruche gówna.
Prawdziwe bułki są twardawe, wyraziste w smaku.
A najlepiej z prawdziwym masłem, które wyjęte z lodówki jest niemożliwe do rozsmarowania!
O margarynie za komuny można było tylko pomarzyć. A jak już była - to taka chujowa - chyba Palma się nazywała.
Wielkie pierdolone koncerny wyjebały na amen z rynku moją ukochaną oranżadę, którą za młodu gasiłem pragnienie, a mordę przez pięć godzin miałem czerwoną.
I jej młodszą siostrę - oranżadkę w proszku, której nikt nigdy nie rozpuszczał w wodzie. Bo służyła do wyjadania oblizanym palcem.
Nawet ukochane parówki mi zajebali, dziś już nie robi się takich dobrych jak kiedyś...
W telewizji były dwa kanały, na każdym nic do oglądania. Teraz mamy sto kanałów i też nic nie ma.
Możemy wpierdalać pomarańcze, banany i mandarynki. A kiedyś jak przyszedłeś z czymś takim do szkoły, to cię szefem nazywali.
Fast foodów też nie było i każdy żywił się w drewnianych budach.
Żarliśmy z aluminiowych talerzy i jakoś nikt sraczki nie dostał.
A śmieci wokoło nie było - bo nie było zasranych jednorazówek.
A jak chcieliśmy ameryki to żywiliśmy się zapiekankami z serem i pieczarkami. I hod-dogami nabijanymi na metalowe pale. Buła, parówa, musztarda!
Nic więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy.
A taką kurwa miałem ochotę na budyń...

sobota, 1 marca 2014

O MARZENIACH RAZ JESZCZE...



Pisałam już kiedyś o marzeniach. Cudzych…. swoich…. ludzkich. Dziś naszło mnie znów, po spotkaniu ze starszą panią zamieszkującą klatkę obok. Spotkałam ją niedawno dźwigającą jakieś siaty do domu. Długi ( bez jednego mojego spojrzenia) wziął jej z ręki pakunki i spytawszy o piętro pognał postawić pod drzwiami. Dojrzewa chyba młody człowiek bo dawniej musiałam spojrzeć… dając nim znak że „coś trzeba”. Postałyśmy sobie na podwórzu dobre pół godziny i pogawędziłyśmy o życiu. Zawsze lubiłam słuchać starszych ludzi. Bardzo wiele nauczyłam się od nich… nie mówiąc o poznaniu osobowości opowiadającego. Tego dnia rozmawiałyśmy o marzeniach. Bo to owa pani stwierdziła że oprócz skurczenia się jej świata i czasu jaki został…. niebywale skurczyły się jej marzenia. „Dawniej proszę pani…”- opowiadała,-  marzyłam o dobrym mężu. O dobrze ułożonych dzieciakach… porządnej pracy i własnym domu z ogrodem. O samochodzie który miało niewielu i o podróżach gdzieś daleko… daleko. I los dał męża ale alkoholika i łajdusa… z którym rozeszłam się po dziesięciu latach i dzieci, które nie chciały się uczyć i prowadzić się tak- bym była z nich dumna. Syn także- wzorem ojca pije… a córka, uzależniona od chłopa sadysty i despoty, usługuje mu niczym muzułmanka. Nie potrafi żyć bez niego i wie pani moim zdaniem to jest choroba. Domku nigdy nie miałam i potem marzyłam już tylko o samodzielnym, bez męża mieszkaniu. Gdy udało mi się je zdobyć, marzeniem były meble i pieniążki na życie i kształcenie dzieci. Używane meble dali znajomi. Przywieźli nawet i poustawiali. I lodówkę po kimś kto odszedł załatwili i pralkę. Pracowałam ciężko, więc pieniędzy na skromne utrzymanie starczyło. Na szkoły nie było trzeba. Dzieci uczyć się nie chciały. I przyszły inne marzenia… o zdrowiu. Pan Bóg życie daje… ale zdrowie zabiera po kawałku. Już nawet nie marzę, bym mogła sama sobie wysprzątać to mieszkanie. Teraz marzę by mieć pieniążki dla kogoś, kto przyjdzie posprzątać… zrobić zakupy i dać trochę opieki. Dzieci twierdzą… że nie mają czasu.
Takich osób w moim domu jest sporo. Na ulicy jeszcze więcej… W mieście i kraju,- miliony. Na ile ja mogę pomóc?... Nie uzdrowię całego świata.
Po powrocie do mieszkania siedziałam i ryczałam. Dlaczego? Bo zrobiło mi się tak jakoś „miękko”. Bo uprzytomniłam sobie jakie ja mam marzenia…