sobota, 27 grudnia 2014

I PO ŚWIĘTACH...



O tym, że nie lubię świąt wszyscy wiedzą od czasu… gdy zabrakło rodziców. Nie lubię… jednak celebruję i nigdy niczego na święta nie brakowało. Było wszystko o czym tradycja mówi. W tym roku Długi zawitał nawet do sklepu z dewocjonaliami,- celem zakupu opłatka wigilijnego. Wystane przez godzinę ryby… do teraz zajmują miejsce w lodówce. Było jak było i dobrze że się skończyło. Teraz trzeba jeszcze przeżyć sylwester i nowy rok.
Straciłam jeden z dochodów. Może to i nie tragedia… bywają większe, ale zawsze to uszczuplenie portfela. Właściwie upierdliwa to była „robota” i ludzie namolni, jednak dawałam radę. Następca… jak podejrzewam nie spełni oczekiwań zleceniodawców… jednak przekonają się o tym dopiero po nowym roku chociaż… Chociaż chyba już teraz mają takie podejrzenia. W każdym razie ja- już tam pracować nie będę. Wydęłam się na ludzi z taką ignorancją. Niewiedza ich nie usprawiedliwia tak… jak nie usprawiedliwia nieznajomość prawa.
Nie akceptuję… i nie mogę się przyzwyczaić do tego co dzieje się teraz w firmach. Walka podjazdowa o pensje… stanowiska… czy względy szefów. Walka podjazdowa lub jawna… Obmowy, skargi i co gorsza kłamstwa.  Tyle się tego nasłuchałam w te święta, że włosy jeżą się na głowie. Nie wyobrażam sobie pracy w takiej firmie, choć i mnie przecież zdarzyło się utracić zlecenie. Walka o stanowisko i kasę nie może przecież zasłonić honoru, dumy i człowieczeństwa. Gdy patrzę jednak na klasę rządzącą chce się krzyczeć że „przykład idzie z góry”. No bo idzie.
Nowy rok niesie sporo zmian. Część wiadomych a część niewiadomych,- i podejrzewam że te niewiadome nie będą popularne bo będą złe. Tak- jak było zawsze.
Uśmiechu jednak oczekuję bo „idzie” na dłuższe dni. Myślę… że te najkrótsze już odchodzą i z każdym dniem będzie teraz lepiej.
Cebulki wsadzone na balkonie jesienią- wypuściły już „kły”. Mam nadzieję, że nie zmarzną i doczekam się przecudnych bukietów na wiosnę.
Stołówka ptasia –działa. Karmy ubywa… a dzięcioł przylatuje już codziennie. Długi ostatnio stwierdził że mam rękę do zwierząt i nie zdziwi się jak pewnego dnia na balkonie ujrzy…- słonia. A ja myślę, że nie o rękę chodzi a miłość. Ja po prostu kocham zwierzęta.


czwartek, 18 grudnia 2014

ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE...

Święta… ciepły, rodzinny… wyjątkowy czas.
I na ten czas życzę wszystkim tego… co potrzebują najbardziej.
Zziębniętym- ciepła… Samotnym- przyjacielskiej dłoni…
Ubogim- dostatku… a zamożnym szczodrości wobec innych.
Chorym- zdrowia… a zdrowym poszanowania tego zdrowia, bo to cenny dar.
I wszystkim… by te święta zapadły w pamięć jako wyjątkowo udane.

niedziela, 30 listopada 2014

BRACIA MNIEJSI…

Nauczona przez rodziców za młodu… corocznie dokarmiam ptaki. Są to zazwyczaj sikorki… bo jak nikt inny, potrafią domagać się takiego działania nie tylko na mnie. Zazwyczaj były to tańce przy balkonach i ćwirlenie uczepionego pazurkami muru- ptaszyny. Do tej pory było ciepło i wprawdzie czytałam w reklamach że LIDL sprowadził karmniki i karmę, tak się jednak składało że nie miałam okazji i czasu na jej zakup. W sobotni… więc wczorajszy ranek,- nie zerwałam się jak zwykle o 6.00 „z poscieli” lecz postanowiłam „wybyczyć” do późna. Późno to 9.00 o której jest już jasno. O tej to godzinie obudził mnie głos Długiego dobiegający z jego pokoju. Młody „basował”:… „matkaaaa!- twoje dzieci uczepione murów wołają o śniadanie!”. Otworzyłam oczęta którym to rzucił się następujący widok… - żółtobrzuche kulki, uczepione muru nie w tym oknie co zazwyczaj, darły gardziele. Niektóre trzepiąc skrzydłami uderzały o szybę. A Brunek?… Brunek przyczajony pod oknem wydobywał z siebie znajomy z polowań głos. Jesus Maria krzyknęłam ze świadomością że zaniedbałam te małe marznące istoty. I to właśnie był dzień- w którym, zaraz po śniadaniu pojechałam do marketu. Pierwsze kroki skierowałam do stoiska z karmą. Szału nie było.. Wszystko przebrane, co jednak świadczyło o tym, że ludzie przejmują się losem Braci Mniejszych. Kupiłam karmniki dla sikorek i niewielki zapas karmy. Dlaczego tylko dla sikorek? No bo tak…. Cwane wróble jakoś dają sobie radę, poza tym jedzą wszystko. Kruki, wrony i inne spore ptaszyska wyjadają nawet żywność zostawioną na balkonach, przez mieszkańców. Tylko sikorki potrzebują specjalnej dla ich organizmów karmy…. i nie jedzą chleba wyrzucanego dla gołębi. Tak więc na moich balkonach pojawiła się butelka z ziarnem, jak i siatki ze specjalnymi kulkami z różnym rodzajem karmy. Największe powodzenie mają „knedliczki” z mięsem… Od wczoraj niewiele już z tej kulki zostało. Tak więc od świtu wokół okien moich ruch tak wielki… że aż obszczymurki z rozbawieniem patrzyli na tą szczególną stołówkę. Każdy karmnik to inny sposób pobierania jedzenia. Do butelki podlatuje się… porywa ziarno i odlatuje by w spokoju wyłuskać je z łupinki na gałęzi drzewa. Za to kulki z karmą… to dopiero zabawa. Uczepione siatek w których umieszczone są te kulki… wydziobują ze spoiwa karmę i dopiero siadają na barierce balkonu by je łuskać. Siatka ma ponad metr, więc od rana wisi u mnie na balkonie metr sikorek. Takkkkk…. Tu przyznam doświadczonym… że balkon już do mycia ale…. Ale proszę państwa ile radości i spełnionego obowiązku wobec innych.  I jak to w życiu bywa… wśród społeczności sikorkowej także znalazły się osobniki wyjątkowo przebiegłe. Siedzi wiec sobie na balkonie pod karmnikiem PAN SIKOREK i wcina wszystko co posypie się najlepsze z góry. Bo nie wszystko co „baby” wyskubią zdążą złapać w dziób. Życie proszę Was… ŻYCIE…




A to foty "machnięte" komórką w trakcie śniadania.










Przylatuje kowalik... nawet zimorodek... Ptak, który żywi się w zasadzie małymi rybkami... ale przecież mieszkam nad rzeką



Jak tak dalej pójdzie...- puszczą mnie z torbami. A niech tam puszczą... ;)

niedziela, 23 listopada 2014

NARZEKANIE JESIENNE...

Ostatnia wieczerza powstaje w bólach. Muszę pisać ją na płask,- więc na bufecie w kuchni. To ogromne utrudnienie. Malowanie na desce jest trudne… poza tym rozmiarówka doprowadza mnie do szału. Używam najcieńszych pędzli jakie mam… a te na desce po godzinie są zupełnie starte. Trzeba kupić nowe… ale nie te najtańsze. Najtańsze są z surowca który uniemożliwia malowanie. Podraża to koszt pracy, ale co mam zrobić?
 Żeby podnieść sobie humor przemalowałam otrzymaną w nagrodę kasetkę do biżuterii. To nagroda od Rady Osiedla za ładny balkon… jednak mówiąc delikatnie- „nie pasowała stylem do mojej sypialni” ;) „Dopasowałam” wiec styl i zapełniłam już po brzegi. Lubię w każdym sezonie kupić sobie coś nowego „na ciało”. Najwięcej problemu mam zawsze ze srebrem. Oj wiem że i tak można czyścic i tak…. jednak w każdej metodzie są jakieś problemy z zakamarkami. Do czyszczenia złota najskuteczniejsze są płyny kupione u jubilera.
 Bluzeczko-sweterki na jesień – kupione. Wymieniłam także ciężki (nie przecież od kasy)  portfel na nowy.
Zaopatrzyć się muszę jeszcze w nowy- na 2015 rok organizer. Potrzebuję taki, w którym jest sporo miejsca na notatki a takich… jak na lekarstwo. Poszukiwania kalendarza ściennego trzymiesięcznego ( miesiąc poprzedni, bieżący i następny) także spełzły na niczym. Niby wszystko w ogromnych ilościach jest… a jednak tego, co ja potrzebuję- nie ma. Chyba mam nietypowe potrzeby…
 Powinnam jeszcze przed świętami kupić do pracowni regał. Nic już nie mieszczę a część prac leży po prostu w korytarzu na szafach.
 O przygotowaniu i wysprzątaniu autka na zimę już nawet nie mówię. Nie mogę się doprosić Długiego żadnej grzeczności czy przysługi. Ciągle zmęczony… nie mający czasu… strzelający fochami. Jak panienka przed menstruacją psia kość… jak panienka…
Do sytuacji politycznej i wyborczej się nie ustosunkowuję… Musiałabym napisać potężny elaborat… użyć masy niecenzuralnych słów… o zszarpaniu nerw już nie mówię. Powiem krótko, jak sąsiad co mieszka obok…” dziadostwo proszę państwa… nic tylko dziadostwo…”
Zimno…. A jak zimno nie przykręcam kaloryferów. Mam w nosie oszczędzanie a potem choroba za chorobą. Najgorsza jednak długość dnia. Nic nie mogę zrobić przy takim krótkim świetle. Nie dość że krótko to jeszcze zachmurzone. I tak już od tygodnia.
Ponarzekałam jak w zwyczaju… A co?! Gdzieś muszę to zostawić!
 


sobota, 8 listopada 2014

SONY IXPERIA TIPO -PORAZKA FIRMY


Z telefonu komórkowego korzystam już wieki. Zawsze była to umowa na „abonament” choć przyznam że u różnych operatorów. Z przedostatniego operatora zrezygnowałam tylko dlatego… że byłam niegrzecznie i niewłaściwie potraktowana przez frędzla, który obsługiwał mnie w salonie. Wybierając aparat, zawsze interesowałam się parametrami technicznymi jak i oprogramowaniem. Gdy więc wówczas zarzuciłam owego pana pytaniami dotyczącymi aparatu… jego oczy zaczęły przypominać wielkością- talerzyki deserowe. Myślę iż mimo ciemnych włosów miał mnie za „blondynkę”, bo gdy spytałam o oprogramowanie przełknął ślinę i hardo zamruczał: „i pewno będzie wiedziała o co chodzi…”. Zagotowałam się, ale ponieważ pozostały jeszcze we mnie resztki poczucia humoru zripostowałam dość głośno:- „wiedziałaby, gdyby obsługa była w stanie udzielić informacji…” po czym demonstracyjnie wyszłam z salonu. Była to moja ostatnia wizyta w salonie byłej ERY.
Od tego czasu korzystam z usług ORANGE u którego to operatora posiadałam już jeden „służbowy” numer. Nie jest to szczyt marzeń abonenta… ale mam w miarę spokój i pakiety które mi odpowiadają. Ale do rzeczy… Przez czas korzystania z takiej usługi przez moje ręce przewinęło się sporo aparatów. Miały różne zalety i wady. Były „dziećmi" różnych producentów… choć ulubionym była NOKIA do momentu,- w którym zobaczyłam na baterii producenta. MADE IN CHINA było tam napisane. Następnym aparatem była więc XPERIA TIPO firmy SONY. Matko jedyna i dopiero tu się zaczęło. Primo – nie lubię dotykowych… ale te inne wychodzą już z obiegu… ponadto siara mieć niemodny model. Sekundo- po pół roku na panelu zaczęły być widoczne miejsca najczęściej używanych cyfr. To jednak jest niczym w stosunku do pozostałych kłopotów. Miejsce liter MNO coraz rzadziej działa. Aby wysłać czy odebrać mms muszę za każdym razem restartować komórkę. Aby dopełnić awarii… po wykonaniu zdjęcia,- pojawia się jedno z tych które wieki temu już wykasowałam. Nowego -”ni ma”. Przebiegłam więc wiele for dotyczących owej firmy i danego modelu aparatu. Na setki komentarzy tylko 2% było pozytywnych… i podejrzewam że były to wpisy dokonane przez SONY.  Tak więc następna nauczka to taka… by najpierw zasięgnąć opinii użytkowników a potem decydować się na jakiś model komórki. W zasadzie SONY to porządna firma…. Jednak XPERIA TIPO to bubel, który bardzo nadszarpnął dobre jej imię. O innych wadach z którymi się borykam- nie będę opisywała. Lubię korzystać z wszystkich możliwości aparatów, nawet takich jak zdjęcie kontaktu czy sygnał dzwonka pod kontakt. To ułatwia mi życie i przecież po to w komórkach jest... a także nie działa jak należy. Żegnaj więc firmo SONY. Nigdy więcej już u ciebie nic nie kupię.
O naprawie nawet nie myślę… Podobno aparaty wracają z naprawy w takim samym stanie… a po roku… przecież gwarancji już nie mam.  I proszę nie wspominać o aktualizacji oprogramowania. Było i jest aktualizowane na bieżąco.
Kolczyki założone. Na razie daję radę. Nawet w nocy.
To tyle na dzisiejszą sobotę.



wtorek, 4 listopada 2014

JESIEŃ... JAK TO JESIEŃ...

Mam szczęście… Wątpliwe,- ale mam. Corocznie „jakaś” bakteria wlezie nie tam gdzie trzeba i buuuuuum- zapalenie płuc gotowe. To już drugi rok w którym zdarza mi się przebyć tą obrzydliwość. W tym roku była znacznie trudniejsza do wyleczenia i przeżycia. Temperatura złożyła mnie do tego stopnia… że trudności w transporcie do toalety pokonywałam przy pomocy „faceta” (w końcu po to jest)… a kaszel naderwał wszystko co mam w środku. Niestety serducho także. Dochodzę więc do siebie pomaleńku… z dnia na dzień odważam się na więcej a dziś –ubrana „zwiedzam” mieszkanie. Posiłki przygotowuję sobie już sama. Z powodu nawału w pracy Długi,- nagrobek mył prawie w nocy. Narzeczona została zaprzęgnięta do trzymania latarki a facet szorował. Z relacji rodzinnej wiem… a i fote kazałam dla siebie machnąć, że nawet ubranie odświętne grobowca, udało mu się jak na faceta –super. Chyba ze sknerstwa nabył znicze o wiele mniejsze niźli zadysponowałam żeby kupić, ale cóż… Nie mogłam nic więcej zrobić jak tylko westchnąć i wybuchnąć wiecznym a okropnym kaszlem.
Kolczyki?... Nie… No jasne że do chorowania musiałam zdjąć i proces adaptacyjny rozpocznę ponownie. Ale cztery dni wytrzymałam. „Na różowo” ale wytrzymałam.
Przez chorowity czas, wypróbowałam wszystkie możliwe syropy i już wiem… że dla mnie najskuteczniejszy jest prawoślazowy. Słynne ACCoptima zadusiłoby mnie na amen. Z miodów najsmaczniejszy jest akacjowy, lipowy, faceliowy i rzepakowy. Trudny do przełknięcia jest gryczany… Po prostu go nie znoszę. Skuteczne inhalacje z rumianku znacznie łagodzą szorstkość śluzówek. A do sporej ilości czosnku w jedzeniu- można się przyzwyczaić. I tylko przykrość pozostała, bo kot mój ukochany… na dobre przeniósł się do młodego. Odstraszony moim wiecznym kaszlem, tam znalazł ciszę i ukojenie dla wrażliwych swoich uszu.
Czas wolny przeznaczam na pielęgnację umęczonego chorobą ciała. Nie powiem skuteczne są wszystkie specyfiki jakie nabyłam i karmię nimi swoją skórę. Młodsza od nich nie będę… bo nie da zmienić się daty urodzenia, jednak ładniejsza od nich ona… oj ładniejsza.
Pożegnałam męża mojej przyjaciółki. Po półtorarocznym leczeniu uległ nowotworowi. Podziwiam Wdowę… ja nie mam tyle siły.
Następna praca to ikona- „ostatnia wieczerza”. Czas zrobić swoje i wynieść z domu dechy. Najbardziej przeszkadzają. Poprowadź Stwórco moją rękę by wyszła tak…- aby Tobie się spodobała.
Następny post o najgorszym na świecie telefonie komórkowym.

sobota, 25 października 2014

POŚWIĘCENIE…

 
Panowie także oglądają modowe nowości. Z okazji urodzin dostałam przepiękne kolczyki z perłami. Pierwszy rzut oka ocenił je jako zbyt duże… wyzywające… niepraktyczne. Gdy jednak usłyszałam cichy szept że są podobne do tych które nosi księżna Kate… nie rozwijałam już tych ocen ani ciut więcej. Faktycznie… gdyby były w formie łezki a nie kulki byłyby identyczne. W całej więc swojej babskiej głupocie założyłam na uszy i usiłuję się do nich przyzwyczaić. Nigdy nie lubiłam kolczyków. Zawsze drażnią moje małżowiny… bo niestety ciało mam na takie ozdoby zbyt wrażliwe, ale przekłułam sobie onegdaj… jako przekłuwały wszystkie moje koleżanki.  Tak więc paraduję od trzech dni z łzami morza w zaróżowionych uszkach. Najgorzej w nocy… Lubię przytulać się do „jaśka” jednak na razie muszę ograniczyć do minimum te nocne „pieszczoty”.


Mijają więc dni i noce… Uszy różowe….a perły śliczne. Wytrzymam….- dla „piękności” wytrzymam.
Z innych domowych newsów…. Młody facet który ze mną mieszka – zaręczony! Rozmowa dyscyplinująca – przeprowadzona. Na razie jakby zrozumiał i jest nienormalnie bo sielankowo. Niechby tak nienormalnie zostało.
 

sobota, 18 października 2014

DZIEŃ PO URODZINACH...


Zalegające  dechy… może trochę chęci… spowodowały
popełnienie sześciu ikon. Poniżej te najciekawsze… najbardziej udane.





O uroczystości urodzinowej…- nie wspomnę. To chyba najgorsze urodziny w moim życiu…-spaprane naturalnie przez facetów. Skończone długą całonocną rozmową,- jednak zaplanowały jakimiś wbitymi mi do głowy prawdami. Największa z tych prawd, już dawno „objawiona” przez mądrych ludzi to ta: że należy być egoistką. Altruizm dawno nie jest trendy i nie należy do dzisiejszych czasów. Dla niektórych wręcz śmieszny… dla mnie był normalnością. Dała mi jednak ta normalność w tyłek.
Wytłumaczono mi właśnie różnice między altruizmem a uczciwością i nauczono łączyć tą uczciwość z egoizmem. Uczono przez długie godziny egzekwowania należnych mi „służebności” bez wybuchającej w sercu litości nad ich wykonawcami. Kartkę z napisem: „ja- daję ci siebie i to co mam, włącznie z sercem i miłością…. Ty- dajesz mi to co ja potrzebuję. Bez ociągania, pretensji i niezdrowych obiekcji. W przypadku wahań co do relacji… możemy z siebie zrezygnować...” mam sobie powiesić nad łóżkiem i czytać po każdorazowym zmówieniu pacierza. Są to jak zwykle tylko rozmowy i obiecanki… bo ja się już chyba nie zmienię. Bezgraniczna miłość i litość wobec otoczenia, tak już mną ogarnęła, jak nałóg- alkoholika i odwyk byłby bardzo trudny. A może jednak będę próbowała. Małymi kroczkami… pojedynczymi zdarzeniami… Powinno się walczyć o siebie. Tak- jak ludzie którzy właśnie mnie dogrzali do żywego.
Teraz kawa. Dziś jeszcze nie piłam…


                       

czwartek, 16 października 2014

poniedziałek, 6 października 2014

MIMOZAMI JESIEŃ SIĘ ZACZYNA...


„Dziękuję ci, serce moje, że nie marudzisz, że się uwijasz,
bez pochlebstw, bez nagrody, z wrodzonej pilności”.
Wzięło mnie w tym roku na przetwory. Mam więc kolekcję kompotów z nektarynek i winogron (bezpestkowe na szczęście). Mam przecier pomidorowy na zupę… i nieudany ketchup. Nie wiem dlaczego nieudany bo robiłam zgodnie z przepisem z netu ale mnie nie smakuje. Na szczęście znalazłam dla niego inne zastosowanie i tam….-PALCE LIZAĆ. Rewelacyjny do sosu pomidorowego do spaghetti a dodana do niego papryczka  chili nadaje sosu/sosowi boski smak. Kilka słoików jabłek i kilka jabłek ze śliwką do naleśników- też się przyda. Ogórki też są. Myślałam jeszcze o buraczkach na jarzynkę czy zupę… ale muszę któregoś dnia ruszyć Młodego na rynek żeby przywieźć surowiec. Będzie miał teraz zasłużony urlop. No tak! -nie mógł wypocząć latem, bo wszyscy inni musieli… a on pracoholik się zrobił, więc pójdzie teraz. Kiedyś na szczęście musi. Myślałam też o przecierze z dyni bo oboje lubimy dyniową zupę. Psia kość… no gospodyni domowa się na potęgę robię. Kłopoty gastryczne jakie miałam/mam są spowodowane ogromem chemii w żywności. Gdy ją ograniczam… śmiga mi żołądek jak szesnastce. Co mi tam…- jak mam czas- zrobię.
Kupiony szybkowar sprawdził się na tip-top. Niestety nie mogę gotować w nim tradycyjnego rosołu…. ale tą celebrację jakoś zniosę.
NIE PYTAĆ BO TO ŚLISKI TEMAT!.... – Nie… nie malowałam. Zaczęty anioł stoi na sztalugach i patrzy spode łba. Nie mam po prostu weny i jak siadam do sztalug to mnie mdli. Miałam za to już dwie grypy zanim zdążyłam się zaszczepić. I co?! Tu jestem chyba lepsza od całego świata bo pierwszą miałam na początku września.
 Za oknami przepięknie przebarwiają się drzewa. Czekam na wietrzny dzień i już ładuję baterie do aparatu, żeby utrwalić spektakl opadania liści w jednym dniu. Mam nadzieję że się uda… a nakręcony film- pokażę. Na balkonach już wrzosy… Gdy zapełnię ponownie korytka ziemią… zacznę myśleć o ściągnięciu gałązek igliwia żeby je w nie powtykać. Może jeszcze jakieś donice z jesiennymi chryzantemami.
 W tym roku znów z tui leci igliwie. Zasilałam nawozem na opadanie igieł… ale jak widać bezskutecznie. Obcięte gałązki wykorzystam do korytek a pień-wyrzucę.
Lubię jesień… Właściwie czekam na nią każdego roku. Może to z racji urodzenia o tej porze roku… a może „sukienka” w jaką przebiera się świat. W tym roku wyjątkowo piękna i jeśli wierzyć prognozom… będzie ciepła.
A w ogóle marudnieję… Ktoś zaczyna mówić do mnie per „brzęczydełko” i gdy w dobrym nastroju opowiadam swoje „śmiesznostki” niepokoi się moim samopoczuciem. Zgroza- prawda?
Kilka ubraniowych zakupów- poczynione. Nie jest to cud świata… ale nastrój poprawiły. Planowane na pewną uroczystość… niestety się nie przydały. Złożona grypą, przeleżałam ten czas… Może dobrze… Jakoś po tej uroczystości czuję emocjonalny niesmak. Jeszcze muszę pomyśleć o „codziennych” jesiennych butkach,- bo wyjściowe „super butki” –mam. Brakuje mi w domu porządnej szafy. Takiej dużej jak to bywały kiedyś. Nijak nie mieszczę się w tym co mam, mimo dokonanego kilka dni temu przesiewu niepotrzebnych ciuchów. Naprawdę… Wyrzucałam aż furczało.
 Mimozami jesień się zaczyna… Złotawa… krucha… i miła…

niedziela, 17 sierpnia 2014

PO DŁUGIM CZASIE...



Tak wygląda zaniedbana kobieta….-

----

Tu powinnam wkleić swoje ogromne zdjęcie. Tylko która z nas lubi oglądać się w takim stanie?
Dbałam tylko o paznokcie... „mogą być” i z konieczności o włosy,- bo podkuszona namowami zrobiłam kilka miesięcy temu „lekką,- dla puszystości” trwałą. Tak więc do połowy włosięta zniszczone chemią a od połowy odżywiane i zadbane. Jedynym wyjściem jest wizyta u dobrego fryzjera i poświęcenie nożyczkom sporą ich długość. Tak trzeba zrobić. Za głupotę i bezmyślność zawsze się płaci. Płacę także za inną bezmyślność i jeszcze jedną i następną. Kilka bezmyślnie straconych na głupotach miesięcy trzeba odrobić. Zaczynamy więc od zdrowia (przewlekłe zapalenie oskrzeli) i zrobienia listy lekarzy, których trzeba odwiedzić celem kontroli. Zaczniemy od stomatologa,- poprzez okulistę i kilku innych ważnych specjalności. Zazwyczaj postanowienia takie czyni się z okazji nowego roku jednak dla mnie od dziś jakby nowy czas się zaczął. Oczekiwanie na wizyty wypełnię przeglądem w szafie. Coś trzeba wyrzucić… coś dokupić. Jesień za pasem i czas na wymianę ubrań.
Jak spędziłam lato? Głupio i bezmyślnie jak już nadmieniałam. Wstyd się przyznać… że taka stara dziewucha jak ja… uwikłała się w takie głupoty. Mówią jednak doświadczeni ludzie, że takie odmiany są potrzebne i tak zupełnie na nic i głupie to- to nie było. Trzymajmy się tej wersji żebym ze wstydu nie zjadła własnych palcy.
Już bez niedotrzymywanych obietnic wezmę się za malowanie…. Żeby zakryć farbą wszystkie popełnione niedorzeczności i wstyd jaki oblewa moją twarz. Leczenie oskrzeli-zaczęte. Wiem że trochę potrwa… bo lekarz domowy wskazującym palcem wybił mi trzydniówkę z głowy. Otworzył perspektywę kilku tygodni… a ja posypawszy głowę popiołem pokutnym przytakiwałam wszystkiemu.
Kwiaty na balkonach zaglądają sąsiadom mieszkającym pode mną do okien. Nabiegałam się z troską nad nimi całe lato, ale wyglądają imponująco. Zaryzykuję stwierdzenie że mam najładniejsze balkony w mieście. Nawet hibiskus stara się „jak nie wiem co” i wydał już z siebie z dwadzieścia ogromnych jak dłoń męska kwiatów. Czas zainteresować się jego rozmnażaniem bo niekłopotliwy i wdzięczny w uprawie.
Postanowienia spisane i cerbera trzeba by zostały zrealizowane. Może wreszcie dorosłam i choć 80% z tego się uda.
No i pozdrawiam wszystkich… pozdrawiam… i przepraszam za czas milczenia.


sobota, 28 czerwca 2014

SOBOTNI PORANEK...



Gdybym kierowała się nastrojem… właściwie zupełnie inny wpis powinien pojawić się pod dzisiejszą datą. Zazwyczaj tak było… i zazwyczaj był to wpis mroczny… mało zachęcający do rannego postawienia bosej stopy na przyłóżkowym dywaniku. Rzeczywistość taka była… i wpis byłby najprawdopodobniej właśnie taki gdyby nie…. dzwonek telefonu. Gdy odłożyłam telefon na stolik, licznik pokazał liczbę 1:45:22   I o dziwo nie była to poranna rozmowa z jedną z moich nieszczęśliwych koleżanek. Nie byłam dziś odbiorcą confessio. To mnie chciano dziś wysłuchać… bo wyczuto taką potrzebę z tembru głosu. Nie do tego odbiorcy chciałam się „przytulić”, ale rozmowa… skierowana na właściwe tory, spowodowała inne rozpoczęcie dnia niż się tego spodziewałam. Tak więc nie będzie dziś o nieszczęściu… o pechu… o ironicznym losie… i wszystkim innym co mogłoby zakłócić radość z tego słonecznego dnia.  Dziś będzie o radości jaką potrafi dać roślina… która  kupiona  z litości dwa miesiące temu jako dwa cienkie badyle,-  spowodowała że musiałam ją przesadzić do większej donicy… a pędy mają już ponad metr...




O tym że inna… uratowana z trzema marnymi listkami na początku zimy, cieszy teraz oczy i rośnie także w większej donicy.






 O przepięknych kwiatach na balkonie i portfenetrach, które zwisają już do połowy barierki… 




O hibiskusie kupionym w markecie, za 2 złote i właściwie  przeznaczonym na wyrzucenie. Zakwitł pięknymi kwiatami o herbacianym kolorze.







 Nie mogłabym nie wspomnieć o zwisającej truskawce, która właśnie kończy owocowanie… i o tym że popularna „komarzyca” spełnia swoje odstraszające zadanie. Widok lamp solarnych, które zapalają się wraz ze zmrokiem, trzeba zobaczyć, aby móc podziwiać ich wyjątkowe piękno przebijające spośród kolorowych płatków kwiatów. Dotknąć bujnej czupryny naci pietruszki kędzierzawej rosnącej w koszyku i spróbować smaku szczypioru siedmiolatki,  która rośnie w koszyku obok. A tuja?  - tak… ta tuja która straciła zimą 1/3 zielonego pióropuszu? Nikt nie wierzy że to ta sama roślina. A ona puszy się przepięknie udowadniając, że szczęście można rozdawać tylko wówczas gdy samemu jest się szczęśliwym. To wielkie kolorowe szczęście znajduje się w jednym miejscu. Na powierzchni balkonu 1x1,5 metra… na którym stoi także „pół” okrągłego stolika i fotelik dla gospodyni. Szkoda tylko że na „ten fotelik” ta gospodyni ma tak mało czasu. Jednak ta „gospodyni” postanowiła wrócić do swoich zarzuconych pasji… a zacznie od kontynuacji zaczętego już dla kogoś anioła. To wycisza i uspokaja… A tego spokoju i wyciszenia bardzo teraz potrzebuję.