niedziela, 27 stycznia 2013

START DO "TYRKI"...


Koniec lenistwa… Idziemy wszyscy do szkoły. Wystawę oddałam studentkom-artystkom. Mogą dać po jednej pracy. Szaleją z wyborami. Zrobiłam tak ostatni raz. Zrobiłam…- bo po przeanalizowaniu warunków galerii, doszłam do wniosku, że właściwie niezbyt ona mnie interesuje. Zbyt wiele przy niej pracy… w stosunku do czasu trwania wystawy. Lokal niezbyt przystosowany do ekspozycji, jakie tam organizują. Poza tym posiadają za mało sztalug. O fatalnym oświetleniu nie wspomnę…- tak więc mój pozornie wspaniałomyślny gest w istocie aż tak fantastyczny nie jest. Że fałszywa jestem? NIE… NIE JESTEM. Wyraźnie powiedziałam artystkom dlaczego rezygnuję. Im wszystko jedno…- byle się wystawiać. Niech się więc wystawiają.
Do pracy wzięłam się rzetelnie. Pocałunek Klimta w trakcie pracy. Podobrazia na Higieję i „nimfy” kupione. Konturówki także. Farby nieprawdopodobnie drogie. Musze namachać trochę prac bo tak właściwie gdyby jakaś większa wystawa to nie mam co dać. Obiecanego Danusi Żyda, jeszcze nie namalowałam. Czasu kurczę na nic już nie mam. Z doświadczenia wiem… że jak się rozpędzę machnę i opiekuna finansowego. Na razie musi czekać.
Znów się zaniedbałam. Paznokcie z odpryśniętym lakierem… maseczki nie robiłam z dwa tygodnie. Na jutro jestem umówiona z fryzjerem na włosy. Czas na nie.
Przewód pokarmowy podleczyłam. Wydaję wprawdzie co miesiąc niesamowite kwoty na leki i witaminy, ale efekty są. Boli mnie często ostatnio głowa. Nieeeeeeee… to nie migreny. To być może skutek uboczny któregoś leku.
I czekamy wszyscy na koniec zimy. Bardzo się szybko starzeję, bo każdego roku wydaje się ona gorsza i dłuższa od poprzedniej. Z wiosną przyjdzie ciepło i wybuch życia przyrody. Znów będę sadziła kwiaty i biegała z konwią by je wszystkie popodlewać.
Znalazłam w necie ciekawe wzory haftu. Nie mam ładnych obrusów i kusi mnie żeby sobie zrobić. Matko jedyna o czym ja myślę?! Przecież moja doba jak zawsze ma tylko 24 godziny.
 

środa, 23 stycznia 2013

SIĘ SPALIŁO...




Autko odpaliło… Wykrzyczałam jej (corsa) przez okno, że jest cudna i kochana… i uwielbiam ją całą sobą. Długi zaś docenił mój wynalazek odśnieżania samochodu -szczotką do zamiatania na długim kiju. Bez zmoczenia się śniegiem usunął całą biel z karoserii… mógł nawet odśnieżyć kawałek chodnika by móc wsiąść do autka. I OK… No tak zupełnie nie OK… Skulona na tapczaniku przysnęłam niezauważenie i… I obudził mnie potworny swąd. To przypalała się grzana na gazie pomidorówka. Garnek do wyrzucenia wraz z „chochelką” jaką zostawiłam w garze. Mieszkanie śmierdzi niewyobrażalnie… a ja przecież nie mogę wietrzyć w tak niskich temperaturach całą dobę. Słabam nerwowo i stresowo… więc panika i łzy polały się od razu. Na dodatek od ranka nie mogłam odpalić kompa. Stał jak zaklęty a ja rzucałam wiązanki niecenzurowanych słów. SPOKO jakie wypowiedział po wejściu do domu Długi jakoś mnie nie ugładziło. Wprawdzie odśnieżony i odpalony samochodzik głaskał po sercu ale reszta to szok. Zamknął chłopak okna, bo sople zaczynały zwisać z żyrandola… włączył grzejniki… wrzucił na patelnie czosnek a w garnuszku zaparzał majeranek. Zagotował tez nieco octu i po chwili swąd zmienił nieco ostrość… by w końcu złagodnieć. Fajnie się zrobiło… ale komputer stał zimny jak  moje metalowe krzesło na balkonie. Długi popatrzył na maszynę… pocałował (swojego) kciuka i przyłożył do klawisza start. I ta cholera odpaliła!!! Od razu… Jakby nigdy nic! Przytuliłam tego dryblasa szepcząc mu czule, jaki to jest nam (Brunkowi także) potrzebny. Chyba się ucieszył… bo z tego wszystkiego zrobił mi nawet herbatę.
O zawiści ludzkiej dużo pisać nie będę. Władze uczelni załatwiły mi wystawę. I co? I wspomniana wcześniej zawiść ruszyła. Nie cieszy mnie już ani wystawa… ani do niej przygotowania.  Od rezygnacji powstrzymuje mnie koleżanka. Cholera dlaczego?!... Przecież jak inni mają wystawy to ja jeszcze pomagam jak mogę.

niedziela, 20 stycznia 2013

ZIMNO I CHOROBLIWIE...


Od piątku w pokoju Długiego szpital. Był tak chory, że pojechałam po Niego do pracy. Wyprowadził go kolega i „zapakował” do autka jak worek ziemniaków. Jakoś wturlał się na drugie piętro naszego budynku i runął do łóżka. Dopiero wieczorem po „potach” wziął prysznic i zmieniłam biedakowi pościel. Wywietrzyłam mrozem bakterie i sobie chłopak choruje. Wyspał się chyba za wszystkie czasy i słaby jest jak nie wiem co. Stwierdził i słusznie… że chorowanie w naszym domu jest właściwie przyjemne. Opieka na tip-top… Włącznie ze świeżo ugotowanym rosołkiem. Posiłki podane pod nos… Codzienna zmiana pościeli… no i nie trzeba nic w tym czasie robić. Jasne… Fajnie… Tylko dlaczego jak ja choruję to wszystko muszę robić sama? Proszę tylko Stwórcę żeby choroba nie przeszła na mnie. Ja tak cudownie podczas grypy nie mam.

Ikona skończona. Jak zwykłe nie jestem w pełni zadowolona ze swojej pracy… ale tak mam zawsze i już się do tego przyzwyczaiłam. Parę kamieni skończyłam, więc wyrzuty sumienia za minione lenistwo mam za sobą. W lutym przegląd autka i ubezpieczenie. Może w końcu coś pracami dorobię.

Rozpoczęłam w końcu porządkowanie zasobów w komputerze. Strasznie dużo z tym pracy… ale kiedyś przecież to zrobię. Dziś uporządkowałam dysk z systemem i zdefragmentowałam wreszcie biedaka. Zostały jeszcze trzy dyski z ogromną ilością danych.

„Porzuconemu” foch przeszedł… choć nie całkiem. Telefon z ustawioną na Niego melodyjką w końcu zadzwonił. Dowiedziałam się że już po chorobie i zrozumiałam resztki dąsów po zdaniu: „to do usłyszenia…”. Za kilka dni zmieni się to zdanie na końcówkę „do zobaczenia”, na co ja jednak nie mam już ochoty.

Zaśnieżony samochodzik stoi. Jestem pewna że bez ładowania akumulatora nie odpali. No wiem, że powinnam kupić nowy… WIEM… Zbieram się już od jesieni, ale zawsze brakuje kasy. Nawet nie planuję zakupu choć jednego charmsa do bransolety. Na to już nie wystarcza.
 

                            

                                                                                                                            

piątek, 18 stycznia 2013

DZIEŃ WOLNY...



 

Zrobiłam błąd… Być może skrzywdziłam faceta… ale przecież tak stary byk, chyba wie- że to była tylko grzeczność i koleżeńska przysługa. Po prostu wysłuchiwałam faceta… wstrzemięźliwie odnosząc się do oceny sytuacji. Tak naprawdę wiedziałam… dlaczego zostawiła go jego przyjaciółka. To egzemplarz który akceptuje faceta dopóty… dopóki dysponuje kasą. Gdy facio dostaje „ w plecy” zostawia go dla zasobniejszego. Wysłuchiwałam więc biadolenia „jaki to został biedny sam…” i jaki jest nieszczęśliwy. Jaka okrutna i wstrętna jest była jego wybranka i czego jej życzy. I gdy szlag mnie już trafił od gróźb wobec osoby z którą był 7 lat… odpuściłam sobie te rozmowy. Nie omieszkałam powiedzieć że tak się nie robi… i groźby takie nie licują z mianem człowieka. W czasie ostatniej naszej rozmowy zorientowałam się że osobnik chyba widział we mnie jakieś zastępstwo utraconej. Nie opiszę wrzenia krwi jakie we mnie nastąpiło po tym wniosku… i odnoszę wrażenie że chyba znów czuje się skrzywdzony. Na razie jest spokój… Od tygodnia leży w łożu boleści złożony grypą i nie dzwoni. I daj Stwórco…- niech tak zostanie (dotyczy braku kontaktu). No psia krew- ma frędzel racje. Był dla niej jak balsam na zbolałe ciało i hojny na ile mógł. Czasami leciało nawet groteską… ale jeśli pasowało to obydwojgu to niech tam. Zostawiła go z dnia na dzień informując że „odchodzi do innego”. Z „innym”… dostanie za swoje, bo sytuację znam- ale każdy ma prawo do swoich wyborów. Nawet jeśli jest to wybór na gorsze. Tylko po co mi to było?... Mało to mam swoich problemów? Cieszmy się brakiem kontaktu… i miejmy nadzieję ze facio zmądrzał. W KAŻDYM RAZIE JA ZMĄDRZAŁAM!!!
Codzienności jak codzienności. Wczoraj panienka Długiego zrobiła sobie z mojej łazienki zakład fryzjerski i malowali (obydwoje) jej włosy. Używała mojej szczotki i naturalnie nie przyniosła ze sobą ręcznika. Że drobiazgi?! Pewnie że drobiazgi… Tylko ja teraz będę musiała spierać z ręczników zafarbowane plamy. Ja musiałam umyć szczotkę i znosić jej obecność do północy. Zatrzymam ten proceder choć znów się zdenerwuję. Nie może panienka aż tak bardzo się panoszyć i przyzwyczajać mnie do takich zwyczajów. Wychowywać jej nie będę, ale musi dostosować się do pewnych zasad.
Dziś mam wolne. Pozwoliłam sobie na długi sen i penetrowanie Internetu. Na wpis na blogu i długą poranną kawę. Teraz długi prysznic i przygotowania do pisania ikon. Podobno przynoszą szczęście. Mówią że „szczęśliwy dom, gdzie ikony są”.