sobota, 14 września 2013

NOWOŚCI...



Tak wiele się wydarzyło… Wystawy, które przełożyły się na zyski. Uznanie… Wygrana w konkursie na najładniejsze balkony (też przełożona na zyski). Skończony remont mojego pokoju/pracowni. O konfliktach z Długim nie wspominam… jako że nerw główny wystarczająco podrażniony. Dziewuszydło na razie nie przychodzi… i dobrze,- spokojniejsza jestem i swobodniejsza w domu. Bo przecież szlag człowieka może trafić gdy zaspana wychodzę do wc… a tu z pokoju Długiego wychodzi o godzinie 2.00 w nocy to paskudztwo. Ble… paskudna. Jeśli mnie nie lubi ( z wzajemnością z resztą) niech nie przychodzi do domu w którym mieszkam i już.
Wczoraj montowaliśmy następną wystawę. Na szczęście to zbiorówka,- bo nie bardzo w końcu miałam co wystawić. Stwórcy dzięki sprzedałam większość prac malowanych na ta imprezę. Wernisaż we wtorek. A w pracy?  No w pracy dobrze że mam swoją działkę, niezależną od wszystkich i mogę dalej stosować tumiwisizm. Kłócą się żrą o wszystko i każdy chce być najważniejszy. Tylko jakoś pracować nie bardzo jest komu. Ponad obowiązki robię czasami cosik społecznie, dlatego nie bardzo mogą mnie ruszać… choć zawiść powoduje że bardzo tego chcą. Jestem od tego wszystkiego z daleka… tylko ludzi mi w końcu żal, bo głupota to największe nieszczęście jakie człowieka może spotkać. Ostatnio co niektórym poszło o kolejkę nazwisk (moje było pierwsze). Na zarzut odpowiedziałam że tak jest w alfabecie i omal nie padłam ze śmiechu jak pani zrobiła koparę jak dziecko.
Robi się zimno. Ciekawa jestem czy sprawdzi się ocieplenie ściany na jakie sobie pozwoliłam podczas remontu.
A wczoraj?... Wczoraj wyto pod moim oknem na eliminacjach konkursu Bergera jaki zawsze we wrześniu wita w moim mieście. Wyto do godziny 1.00 w nocy choć nikogo jakoś to nie interesiło z uwagi na lejący niemożebnie deszcz.
Od rana spokój a ja piekę sernik. Nie!... nie pomyliłam się. Piekę sernik, bo zamiast normalnego białego sera, kupiłam jakiś „zapachowy” i musiałam wykorzystać, a serniki mi wychodzą jak rzadko komu. Nie opadają… są smaczne… więc piekę. Bo teraz to ja właściwie jem tylko pomidory i biały ser. Lubię taką sałatkę i nie muszę opychać się chlebem od którego się tyje.
Planuję namalować ikonową ostatnią wieczerzę. Informacje dotyczące tej „imprezy” już zebrałam i wiem, gdzie kto siedział. Teraz czeka mnie zakup deski. Musi być duża… więc i kasy na to pójdzie. Trudno. A dziś zajmę się swoim ciałem. French manicure opanowałam już do perfekcji.


3 komentarze:

  1. Oj znam ja ten ból nielubianej zmory własnego Dziecięcia!
    Dokładnie takie same, jak u Ciebie. Niestety, zmora weszła do rodziny i dalej zmoruje! Wrrrr! Chociaż skrzydełka już jej trochę opadłY, i to jest ta pokrzepiająca wieść!
    Pozdrawiam serdecznie, podlizując się o kawałek tego sernika, bom w tym względzie "leworęcznam". :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj!
    Tak bywa w życiu... Niestety.
    A takie wycie uprzykrza życie.
    Pozdrawiam serdecznie i do siebie zapraszam.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  3. a życie płynie sobie i płynie i ma w nosie nasze rozterki i bolączki....
    Żyć trzeba, pięknie żyć, jak Ty
    pozdrawiam
    Piotr

    OdpowiedzUsuń