niedziela, 20 listopada 2011

domowo...

Piętrzące się kłopoty pomalutku pakuję w worki. Próbowałam… lecz nie mam wpływu na problemy w rodzinie. Mogę podpowiedzieć… poradzić… wymyślać wyjścia. Tylko to. Przynajmniej na razie. W tej chwili usidlam to- co mogę… więc problemy domowe. Problem, który pojawił się w ostatnich dniach chyba wyolbrzymiłam. Czas przytłumił emocje. Być może jest już jego koniec bądź okupimy go z Długim, jeszcze lekką nerwówą. „Urodziłam” dziś w bólach tarczę przeciw problemowi staremu… istniejącemu tylko dlatego,- że głupiej babie w urzędzie nie chciało się przeczytać pisma. Swoją drogą niefrasobliwość urzędnicza jest zaskakująco żenująca. Na horyzoncie pojawiła się znów stara sprawa, która wisząc w powietrzu sprawiła… iż właściwie o niej zapomniałam. Przestałam po prostu przejmować się stadem skorumpowanego „towarzystwa wzajemnej adoracji” i odpuściłam sobie nie tylko działania ale zajmowanie się nią wogóle.  Wróciła… i to w dobrej tonacji. Było mi niezmiernie miło,- gdy dowiedziałam się jak bardzo ludziom brak mojej pracy… i walczą o mnie jak lwy na arenie.
Doszłam już także do siebie po chorobie i pobycie w szpitalu. I myślę tak sobie,- że może cichnie burza z jaką walczę… i nowy rok przywita nas już ciszą i słońcem. Umiarkowanym słońcem… bo w cuda nigdy nie wierzyłam.
Dziś zaczynam realizację zlecenia. Po nim- będzie kasa na materiały, więc wezmę się za własne pomysły, bo bardzo potrzebuję odskoczni od rzeczywistości. Będzie jeszcze jedna kopia „Pocałunku” Klimta i koncepcja z kamykami. Zima,- to dobry czas na pracę. Choć dni krótkie i światło marne- chłód na dworze trzyma w domu i jest czas na utopienie siebie w pasji. Muszę olać obowiązki domowe. Ciągnie mnie do pędzli i potrzeby innego świata. Ramy rzeczywistości, jakie przekraczam przy tworzeniu, to coś- czego nie da się opowiedzieć. To jak zatracenie się w oglądanym filmie i przeżywanie treści wraz z postaciami koncepcji. Jak narkotyk zmienia barwy świata i niweczy odczuwanie bólu i strachu. To miejsce gdzie można wszystko. Ranić… uzdrawiać… uśmiercać i ożywiać. Można krzyczeć obrazem i chować w nim swoje niepokoje. Zmieniać pory roku i zalewać pustynię potopem. Nie!- nie oszalałam. Tak odczuwam… Tak jest jak tworzę.  Nie mam tu granic. Mogę wylać z siebie cały gniew nie raniąc nikogo. Mogę zostawiać zło, jakie noszę w sobie- nie czyniąc krzywdy. W miejscu tym nie słychać obraźliwych słów. Tu brzmi albo śmiech…- albo płacz. Tu matka śpiewa dziecku kołysankę… bądź jęczy zranione zwierzę. Wyrzucić można z siebie kolor nastroju… i zmieniać go wraz z upływem czasu. Tylko tu… nigdzie indziej w świecie realnym.
Poranna kawa i smutny krajobraz za oknem. Koniec listopada to najbrzydsza część jesieni. Niedługo spadnie śnieg i zrobi się bardzo zimno. Grzejniki pójdą na full i zaczną marznąć nóżki. Nie przytulę się do Ciebie, bo staram się o Tobie zapomnieć. Staram się już tak od wielu lat.



1 komentarz:

  1. Mam tu troche do nadrobienia w czytaniu.Pozdrowię cię tylko serdecznie a tym saksofonem to mi dobrze zrobiłas na serduchuuuu:)

    OdpowiedzUsuń