środa, 3 sierpnia 2011

Brunek...


Leczenie objawowe… a więc środki rozkurczowe i hamujące mdłości to NIE LECZENIE. Cóż jednak mógł stwierdzić u kotka niedoświadczony praktykant technikum weterynaryjnego. Mówiłam że podejrzewam infekcję i proszę o leczenie- kazał czekać. Choroba rozszalała się na dobre. Brunka w bardzo złym stanie … zawieźliśmy do innego lekarza. Długi wziął urlop… bo nie można było już dłużej czekać. DOKŁADNE badanie potwierdziło moje przypuszczenia. Infekcja zaatakowała układ pokarmowy i oddechowy. Gdyby już w poniedziałek zastosowano antybiotyki, dziś- być może byłby już zdrowy. Teraz organizm musi przyjąć sporą dawkę chemii, ale to jedyny sposób by pomóc. Jestem wściekła na siebie, że pojechałam w poniedziałek tam a nie gdzie indziej… i wściekła na praktykanta. Jeśli nie wiedział… miał wątpliwości… powinien zadzwonić do lekarza i spytać.  To było…- więcej się już nie zdarzy, bo nigdy tam ze zwierzątkiem się nie pojawię. Kotek śpi i mam nadzieję że zdrowieje. Jutro następna wizyta. Lekarz zapowiedział, ze jeśli będzie lepiej… dalsze leczenie w domu, bo stres jaki zwierzę przeżywa u lekarza- hamuje proces walki z infekcją. Byłam w szoku. Lekarz… który zamiast naciągać właściciela zwierzęcia na koszt wizyt,- dba o zwierzę i daje szansę leczenia w domu… Właściwa osoba na właściwym miejscu i wykonująca właściwy zawód? Zdecydowanie TAK! Ten bowiem lekarz szczepi bezdomne, osiedlowe koty. Powiedział mi, że oddanie takiego zwierzęcia do schroniska powoduje zazwyczaj jego zgon w przeciągu tygodnia. Takie są koty. Po prostu stres je zabija.
Wszystko to odbiło się także na mnie. Mam kłopoty ze zdrowiem. Źle znoszę jakiekolwiek problemy. I gdy pomyślę że są ludzie którzy te problemy lubią… bo mają satysfakcję z ich rozwiązywania,- nijak tego nie rozumiem. Każdy z nas jest inny… Ja- jestem taka i już.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz