piątek, 16 grudnia 2011

podziękowanie i domowe awarie...

Niecały rok temu złożyłam pełnioną na uczelni funkcję… w którą wkładałam wiele zaangażowania i pracy… częściowo nieodpłatnie. Nie mogłam pracować w warunkach w których naciskano na mnie.- by decyzje były takie- a nie inne. Nie godziłam się na faworyzowanie osób, które nijak na to nie zasługiwały. Odeszłam, bo tak chciałam… choć próbowano mnie zatrzymać. Moje warunki niektórym wydawały się nie do przyjęcia, więc zostawiłam wszystko. Uporządkowane- bez następcy. Szukałam… Bóg mi świadkiem… jednak umiejętności, jakie potrzebne były do wykonywania tej pracy- to zespół umiejętności nietuzinkowych. Nie znalazłam więc następcy i wszystko kuleje tam nadal. Zmienił się jednak od nowego roku akademickiego skład zarządu i chyba ktoś obudził się i zaczyna działać w dobrym kierunku. Dlaczego o tym piszę?... Ano dlatego… że w dniu w którym składałam funkcję… gdy wychodziłam z gabinetu „władców”,- nie usłyszałam nawet najmniejszego szeptu słowa „dziękujemy”. Jaka kultura- takie zachowanie… Hołduję tej maksymie więc tak bardzo mnie to nie dotknęło. I dziś- po prawie roku czasu… otrzymałam podziękowanie za swoją pracę. Podziękowanie znaczące… bo dostępne bardzo szerokiemu gronu osób. Rozdzwonił się telefon z pytaniami czy widziałam. Z gratulacjami… z dobrym słowem. Z pytaniami czy wróciłam. Nie wróciłam… a jeśli to się stanie…- to na moich warunkach.
Przygotowania do świąt- w toku. Pomaleńku… bez szarpaniny… bez szału… Na spokojnie .Zakupy także czynię „ na spokojnie”. Kolejno, to co potrzebne w danej chwili. Mam już nawet opłatek. Kupiłam i namoczyłam dziś także śledzie. Robię je w śmietanie z dodatkiem majonezu… i jadamy je w okresie przedświątecznym-  czyli postu. Wędzona makrela i brzuszki łososi czekają na zrobienie z nich pasty rybnej. Jak pościć to pościć. Chociaż dla mnie prawdziwy post to suchy chleb z herbatą… a na obiad gotowany ziemniak z solą i masełkiem.
Domowe sprawy to także następna awaria komputera. Długi nie poradził sobie z nią sam. Musiałam do zaprzyjaźnionego informatyka. Naprawdę miły z niego chłopak, bo pożyczył swój stary dysk (40GB ale na system wystarczy) dołożył wtyczki… zworki… i co było potrzeba. Na pytanie o należność za diagnozę i pomoc, powiedział: „dobrą kawę na święta poproszę”. Kupiłam Lawazzę. Uwielbiam tą kawusię, choć jej nie pijam z uwagi na koszt,- i dobrą, prawdziwą, gorzką czekoladę do tej kawusi. Mam nadzieję, że będzie zadowolony.
Przedwczoraj w momencie w którym uruchomiłam domową krajalnicę zabrakło energii elektrycznej. Cholera… natychmiast odłączyłam z gniazda, przekonana że to zwarcie i winna właśnie ona. Niestety energii nie było nadal. Dopiero po rozmowie z pogotowiem energetycznym dowiedziałam się że brakło fazy na całym osiedlu. Długi po przyjściu z pracy stwierdził: -„Ty jak coś skopsasz to od razu na sporą skalę”. To samo powiedział wczoraj… gdy odkręcając kurek stwierdziłam że nie mamy wody. „No widzisz- marudził… gdybyś nie odkręciła, woda z pewnością w kranie by była.” Dostał szturchańca… a ja po rozmowie z pogotowiem wodociągowym dowiedziałam się, że dwie ulice dalej pękła rura. No zupełnie jak w wielkie mrozy… A nieszczęścia chodzą parami. To już udowodnione.




1 komentarz:

  1. Wspaniałe kawałki muzyczne... zasłuchałam się bardzo... przeczytałam słowa i zostawiam ciepłe pozdrowienia... dla dobrej, mądrej i ciepłej kobiety :)

    OdpowiedzUsuń