niedziela, 22 stycznia 2012

śnieg... przepraszanie... wizyta duszpasterska...

Prawie każdy dzień roku jest jakimś świętem. Dzisiejsza niedziela to Światowy Dzień Śniegu czyli World Snow Day. Jest go u mnie trochę mało, ale jak na święto przystało, maleńka warstwa leży.
A mnie śnieg nie bawi. Ostatnie dni to ogromna tęsknota za wiosną, słońcem, budzącym się życiem i morzem kwiatów. Być może to konsekwencja przeglądania stron internetowych z bujną roślinnością. Chciałam pomóc smętnemu nastrojowi a podrażniłam się- niepotrzebnie wywołując niezdrowe tęsknoty.
Tydzień minął jak z bicza trzasnął. Dzień uciekał przed następnym dniem… a ja nadal nie maluję. Nie mogę… Nie umiem… Nie mam nastroju. Postawiłam na sztalugach zaczętą pracę, by kusiła… namawiała…. Sprowokowała wzięcie do ręki pędzla. Spotkanie rodzinne przy wyjątkowo dobrej aroniowej nalewce, podniosło nie tylko ciśnienie… ale i nastrój. Niestety na krótko. Nie mam ochoty nawet na spotkania. Wykręcam się jak piskorz propozycjom wspólnych ploteczek. Wolę na razie książkę… gazetę… czy gapienie się w park.
podrażniło mój główny nerw. Jasna cholera…. Banda debili wymordowała setki ludzi… głównie kobiet,- a oni zastanawiają się czy przeprosić. Że rehabilitacja nic nie da - bo trzeba by pojedynczo. Gdy przeczytałam, że przeproszenie to także sprawa potrzeby duszpasterskiej… na dobre szlag mnie trafił. Może w końcu przyjdzie czas, że oprócz potrzeby dobrobytu… władzy….- przyjdzie czas także na potrzebę moralności i uczciwości ludzkiej. Czas by kościół… a właściwie jego kapłani poczuli potrzebę tego przepraszania. Nie załatwi to sprawy… ale czas na pochylenie głowy za swoje czyny. Przepraszam to wygodne słowo. Niektórym trudno je powiedzieć mimo, że wydaje się to najlepszym rozwiązaniem. PRZEPRASZAM… i sprawa załatwiona…. „przecież przeprosiłam/łem”.


W tym roku także nie przyjęłam wizyty duszpasterskiej. Nie widziałam celu. Przebiegała zawsze tak samo… Wspólna kolęda…. modlitwa…. przeglądanie kartoteki i zerkanie na stół czy leży koperta. Standardowe pytanie co u was… i brak dalszego zainteresowania, gdy celowo porusza się temat niedostatku. Niedostatku u wiernych… -bo gdy porusza się niedostatek kościoła dyskusja się ożywia. Właściwie rozmowa trwa tylko wówczas, gdy zainicjuję temat. Wspólne milczenie to standard, gdy nie wykrzesuję z siebie tematu dyskusji. Podanie koperty… brzęk puszki ministrantów zapełniającej się monetami. Bóg zapłać za wizytę… z Panem Bogiem. Zrezygnowałam więc ze spotkania. Dla dobra obydwu stron. Nie leżałaby już w tym roku koperta na stole. Z wielu względów.

2 komentarze:

  1. Nie wiem czym jest to spowodowane ale jak w kosciele wrzucam na tace 50fenigow to zawsze mam objawy choroby parkinsona...trzesa mi sie rece.Przeciez skapcem nie jestem?!! . Ja juz od miesiaca ochodze dzien deszczu i wiatru.....pozdro

    OdpowiedzUsuń
  2. No cóż mój kolego zza zachodniej granicy... Znając Twój młody wiek, wiem- że to nie Pan Parkinson kłania się w Twoich rękach. Jeśli twierdzisz że nie jesteś skapcem :) muszę Ci wierzyć. Pozostaje więc tylko jedno wytłumaczenie na przytoczoną okoliczność. Tym wytłumaczeniem jest poczucie wstydu i skrępowania wobec nominału pieniądza jaki rzucasz na kościelną tacę. Podejrzewam że kilkakrotne położenie na niej kwoty 50 euro- zupełnie zlikwiduje przykre i krępujace objawy. Pozdrawiam ciepło z Polski.
    Ta- co chodzi po krawędzi losu.

    OdpowiedzUsuń