sobota, 4 sierpnia 2012

sobotnie codzienności...

Pewnie nie robiłabym tych wszystkich przetworów gdyby nie najbliżsi. Najpierw dostałam kilka wiaderek moreli. No ileż można zjeść… więc reszta wylądowała w słoikach. Z pewnością przydadzą się zimą i wiosną. Dla mnie… Gdy znów będę chora, a kompoty będą jedynym moim pożywieniem. Potem pokuszono o zrobienie ogórków w słoiki. Pewnie…. Żadne kupne ogórasy nie są tak doskonałe jak własnoręcznie ukiszone. Machnęłam 18 litrowych i jeden dwulitrowy słoik. A że te największe nie bardzo mieściły się w szkle, starłam i będą na zupę… w mniejszych słoikach. Gdy skończyłam ogórki,- przyjechała skrzynka moreli. Tym razem były najsłodsze na świecie… i znów pojawiło się parę słoików , oraz została drewniana misa moreli do jedzenia. Pomidorów nie będę robiła -bo za drogie. Z resztą te przetwory to kop najbliższych.
Kwiaty w skrzynkach rosną lepiej niż podczas innych lat. Dorosły już do końca balustrady. Muszę przywiązać skrzynki, bo masa zielona może wyrzucić je z metalowej barierki. Wodę piją jak smoki i podlewam je minimum raz dziennie. Podczas morderczych upałów, wodę leję dwa razy dziennie.
Długi od poniedziałku rozpoczyna urlop. Mam nadzieję że podczas pierwszego tygodnia wolnego, odświeży mi mój pokój. Chodzę wokół Niego delikatnie na paluszkach i oczekuję dobrego nastroju.
A wczoraj… Wczoraj sprawił mi przykrość. W ramach dobrego wychowywania młodego człowieka staram się… i mi się to udaje- nie podnosić na Niego głosu. Z resztą „mocny głos” miałam tylko wówczas gdy śpiewałam w szkolnym chórze. Teraz…- nawet nie potrafię mocniej krzyknąć. A młody… A młody powiedział mi wczoraj ze często się na Niego drę. Przemyślałam to- co powiedział… i doszłam do wniosku że my się w ogóle nie rozumiemy. Przecież ten facet WSZYSTKO co robię… mówię…. oczekuję od Niego, bierze za złą monetę. Bardzo mi z tym ciężko. I już nawet wiem, jak będzie wyglądała praca przy moim pokoju. Ja- nie będę miała siły zrobić sobie tak- jakbym chciała i jak trzeba. On- będzie odwalał chałę i atmosfera będzie gorętsza od temperatury podczas upałów.
Musze to znieść i przeżyć. Nie mam innego wyjścia. Jak przypomniał niedawno przyjaciel: „jak się nie ma miedzi… to się cicho siedzi”.
Samopoczucie zależne od pogody. Cholera odczuwam każdą zmianę. Na dodatek sprawdza się to- co powiedział lekarz. Stres… zdenerwowanie- jest gorsze od grypy. Zostawia więcej śladów w organizmie niż możemy sobie to wyobrazić. Odbija się echem długo… nawet do kilku tygodni. Ale jak żyć spokojnie?..... NO JAK?
Skończyłam róże. Uwielbiam białe kwiaty i nie pierwsza to praca z białymi różami. Jutro- na wystawę zabieram je do oglądania. Wszystko już gotowe. Większość rzeczy spakowana do autka. Przed wyjazdem tylko obrazy. I nastrój siadł… W środku mnie, jakieś niepokoje… Dziwny lęk. Ja już chyba głupieję albo wpadam w jakąś depresję. Zbyt ciężko…. Już za bardzo.
Narzekania koniec!


2 komentarze:

  1. Nie stresuj się już tak, wszystko będzie dobrze:)
    Twoje białe róże są takie... delikatne i subtelne, podoba mi się Twój obraz:)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. A może tak jak moja dawna szefowa, której strasznie zazdrościłam tej umiejętności, spróbuj mówić wolno i cicho. Im Długi bardziej się będzie wkurzał, tym mów wolniej i coraz ciszej. Działa, jak nie wiem co, ale trenować trzeba, bo jak się np.jest takim cholerykiem jak ja, ciężko jest!

    OdpowiedzUsuń