piątek, 14 października 2011

wiara...


Trzy pierwsze dni „ścisłej”… i wlewania w moje zapadnięte żyły zawartości magicznych buteleczek minęły szybko. Większość czasu spałam… Otwierając oczy po przebudzeniu  patrzyłam na wiszący na ścianie krzyż. Krzyczał niemo MEMENTO MORI. W tym miejscu krzyk taki jest niepotrzebny. Każdy chory doskonale zdaje sobie sprawę z kruchości życia ludzkiego. Rozpostarta na skrzyżowanych drewienkach,- jakoś dziwnie wyglądała ta srebrna postać człowiecza. Kojarzyła się z obrazami Klimta, gdzie spory procent obrazu to kolory „metaliczne”. Nie potrzebujemy już w obecnym czasie aż takiej wizualizacji, by sobie wyobrazić… wierzyć… mieć się do „czego” modlić. A krzyżyk wisiał i przypominał o powinnościach wobec Stwórcy. Tylko on… tylko jeden symbol… bo przecież niewyobrażalna jest w naszym społeczeństwie sytuacja… w której wisiałyby obok siebie także inne symbole wiary. W szufladzie szpitalnego stolika…… NOWY TESTAMENT. Maleńki… z literkami nie do przeczytania… ale w każdej. Czy tylko chodzi tutaj o wiarę i pomoc duchową w trudnych chwilach,- czy także pokazanie „kto tu rządzi”? Raz dziennie… przed śniadaniem lub kolacją wizyta duszpasterska. Zbiegała się często porankiem z toaletą i obsługą chorych, ale przecież nie było to ważne. Zachowanie duchownego często wskazywało na to, że traktuje „komunikowanie” jak dane do statystyki. Ale może to tylko takie moje wrażenie. Może nie zależało mu na tym tak- jak wskazywało zachowanie. Nie czepiam się. Jestem osoba wierzącą, lecz fakt ten traktuję jako sprawę bardzo osobistą… a moje „rozmowy ze Stwórcą” nie mają charakteru regułek i wierszyków. Obserwowałam zachowania ludzkie… i zastanawiałam się, czym dla nich jest wiara. Nadzieją… ratunkiem…  wentylem bezpieczeństwa,- czy potrzebą ducha. Wiarą najłatwiej okiełznać człowieka… Założyć mu uzdę strachu i uzależnienia, warunkując od podporządkowania się – dalsze losy jego wewnętrznej energii. A i dla odbiorców tej wiary, często jest ona  niezbędną do pohamowania w sobie rozrostu wszystkiego co nazywamy złem.  Uciekamy się jednak często do pytań zadawanych Stwórcy: -„dlaczego aż tak? Czy zawiniłam? Jak jeszcze ciężki nałoży krzyż? Czy da szansę?” Na dwa pierwsze- nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. Na dwa następne….- los odpowie już niedługo. Zastanawiałam się… który ze swoich grzechów powinnam traktować jako najcięższy… Oceniłam że GNIEW. To on powoduje lawinę zachowań, których często się wstydzę… To on najbardziej porusza wnętrze i wybucha złem.
Nie potrafię często pohamować gniewu… Nie potrafiłam i tam, gdzie palec wiary był najbardziej odczuwalny. Niepokorność to i hardość… czy słabość, której nie potrafię zwalczyć?


1 komentarz:

  1. Dobry tekst. Napisany bardzo szczerze. To wszystko co dotyczy wiary, jest jednocześnie i proste, i skomplikowane. JEDNAK najczęściej indywidualne. Nie wiem czy go dobrze zrozumiałam... CZASEM naprawdę czytając cudze myśli można odnieść mylne wrażenie... Ja osobiście "z wiekiem", mam coraz mniej pytań na jej temat. ZACZYNAM JĄ CZUĆ, ROZUMIEĆ ZUPEŁNIE BEZ LĘKU, OBAWY I CIĄGŁEGO ZADAWANIA SOBIE RÓŻNYCH PYTAŃ. I nie wiem, czy to oznacza, że moja wiara słabnie, bo ja sobie ułatwiam coś ? Czy może rzeczywiście rozumiem o co w niej chodzi. Czasem łapie mnie niepewność w tej sprawie... jednak jednego jestem pewna. NIE CHCIAŁABYM JEJ NIGDY STRACIĆ ! Co do gniewu: Nooooooo, w tym odcinku to i ja mam podobnie. WAGA. I, też czasem myślę, że lepiej "wywalić" z siebie całą prawdę i emocje, niż........... a z drugiej strony, jednak, czasem i coraz częściej, staram się popracować nad tym. Można tym przygnieść SIEBIE/KOGOŚ. Chyba GŁÓWNIE chodzi o to, żeby TEN GNIEW nie był nienawiścią, a tylko wyrażeniem siebie. jakąś prawdą choćby nawet przykrą. Trzeba umieć ewentualnie "posprzątać" po sobie. Z kolei ktoś kto zupełnie omija gniew, też może czuć z tego powodu dyskomfort. Tak więc, "łapanie" RÓWNOWAGI to robota na całe życie dla nas WSZYSTKICH... Wszystko jedno jaki się temat podejmie. POZDRAWIAM i życzę powrotu do zdrowia :-)

    OdpowiedzUsuń