środa, 12 października 2011

Nadzieja…

Szpitale- nigdy i nikomu nie kojarzą się dobrze. To miejsce gdzie się choruje… Miejsce niepokoju i umierania. Miejsce o specyficznym zapachu i energii. Miejsce gdzie nadzieja… strach…- mieszają się z wiarą… miłością… żalem i nienawiścią. Miejsce gdzie radość wyzdrowienia czy narodzin, zawsze okryta jest obawą o jutro. To obiekty…  w których atmosfera jest tak nasiąknięta uczuciami ludzkimi, że jej gęstość „śmierdzi” człowiekiem. A człowiek, pachnie jak śmierć… słodko i dławiąco.
Wisieć w takim właśnie miejscu było moim udziałem przez miniony czas nieobecności. Lekceważenie słabości i fatalnego samopoczucia- musiało się tak skończyć.
Przesuwające się lampy na suficie odmierzały odległości od jednej pracowni badań do drugiej. Wózek pchany przez sanitariusza uderzał o osłony ścian. Gubiłam się  w poleceniach- „proszę wstrzymać oddech… można oddychać… proszę położyć się na drugim boku..”  Badania jednak i ciągłe polecenia zaczynały rodzić nadzieję. Nadzieję… że kiedyś to wszystko się skończy,- miną dolegliwości… a ja będę mogła odpocząć.
Sala chorych. Przestronna jak na dwa łóżka. Łóżka tak wysokie, że leżąc na nich można oglądać widok z okna. Zapada zmrok… a obok siedzi mężczyzna. Przegląda jakieś papierzyska i wydaje polecenia „białym kobietom” kręcącym się w pośpiechu. Ile ma lat?- Nie wiem… Jest „bezwieczny” jak Bóg. Palce trzyma na mojej dłoni w miejscu gdzie jest puls. Chłodna końcówka stetoskopu ziębi rozpalona skórę. „Będę panią leczył… ratował… jestem pani lekarzem”-  powtarza. Przymknęłam powieki w geście rozumienia. I znów pytania… gdzie?... jak?... czy tutaj… ile dni pani nie jadła?.. . A ja – chciałam tylko spokoju… Ciszy i ukojenia w cierpieniu. Nie miałam już siły odpowiadać na pytania…  słowa więzły w gardle.
Terkot zabiegowego wózka. Wkłucia… ssanie krwi do probówek. Nad głową błyszczy stojak do podawania kroplówek. Zapełniają się obejmy do butelek. Od tego momentu czas… moje istnienie odmierzane jest tempem spadania białych płynów do żyły. Proszę leżeć i odpoczywać… Boże…- a co ja teraz mogę innego robić. Nie mam nawet siły poprosić o picie. Na krzesełku obok siada „biała kobieta”. Rozpakowuje moją torbę do szafki i tłumaczy gdzie co kładzie. Leżę z zamkniętymi oczyma. Co czuję? Czuję nadzieję… Nadzieję… że słowa jakie powiedział ten człowiek- będą czynem. Nadzieja potęguje się -gdy siostra przybiega z nowym lekiem. „Pan doktor się wystarał…” oznajmia. Po paru godzinach jest lżej. Lekarz odchodzi do domu, wydając polecenia młodej kobiecie ze stetoskopem na szyi. Przyćmione światło… Zatroskane spojrzenia chorej leżącej obok… Przychodzące i odchodzące „białe kobiety”… Zmieniające się kształty i wielkości wiszących nade mną butelek. Teraz ci ludzie… to miejsce… stojak i butelki… kojarzą się przede wszystkim z nadzieją. Całe to miejsce nabrzmiewa ufnością do drugiego człowieka i nadzieją w jego profesjonalizm. Zasypiam tak głęboko… że nie zauważam że jest już południe dnia następnego. Posiniaczone ręce… „Zaworki”- w innych miejscach. „Żyły nie wytrzymały ilości”- tłumaczy „biała”… A mnie jest wszystko jedno. Zamknąć oczy i spać… Zasypiam… Z nadzieją… Że kiedyś się to skończy.



3 komentarze:

  1. :-((( pozdrawiam i życzę Tego co sobie sama życzysz... i potrzebujesz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiam i serdeczności przesyłam. Dużo zdrowia! Mam nadzieję, że już jest lepiej...

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dużo dobrych myśli, Ciepłych i Puchatych Ci posyłam na Uzdrowienie!

    OdpowiedzUsuń