niedziela, 25 stycznia 2015

CISZA JAK TA…



Jak ja lubię być sama w domu… Długi u dziewuchy… od wczoraj. Ja- sama. Z kotem i gośćmi zza okna. Cisza… Cudowna cisza niedzielnego poranka. Za oknem ruch jak w Rzymie. Na obydwu balkonach karmniki więc skrzydlata gromada ma się gdzie krzątać. Brunek przyczajony w pewnej odległości od okien czatuje, udając polowanie. Co jakiś czas dobiega do szyby i uderza w nią nosem.  Cwaniaki już się przyzwyczaiły do jego obecności i doskonale wiedzą, że z jego strony na razie nic im nie grozi. Z resztą… nie trwa to długo. Po godzinie zajmuje ulubione miejsce pod grzejnikiem i zapada w dopołudniowy sen.

Przez kilka styczniowych poranków,- niebo zapalało się na różowo. Trwało to zaledwie pół godziny, ale wrażenie zostawało na cały dzień.



 Właśnie o świcie przylatują goście szczególni. Ci goście to dwa dzięcioły. Nigdy nie jedzą jednocześnie. Gdy jeden wali dziobem w tłuszczowe kule, drugi siedzi na gałęzi i czeka. Gdy odlatuje pierwszy,- dopiero drugi przylatuje na perkusyjną serenadę. Spróbowałam zrobić zdjęcia. Niestety zza gęstej firanki niewiele widać. Jednak przy dokładnym obejrzeniu fotki coś tam…..”stuka”.








 Błogi czas ciszy umilam sobie zapalonymi świecami. Zawsze lubiłam żywy ogień w domu. Palą się więc w moim pokoju…. i w kuchni…. i w łazience… W przedpokoju zapalam świece w małej latarence. U Długiego? Hahahaha nie… U długiego „pali się” wieczny bałagan. Kiedyś sprzątałam… Jednak otoczenie stwierdziło że to nie wychowawcze i mam dać sobie spokój. Tak więc „dałam”.

Skończyłam „ostatnią wieczerzę” w ikonie. Zrobiłam zdjęcie… ale przy tak zachmurzonym niebie można tylko przy oświetleniu,- a przy tym, ikona w złocie wygląda na focie okropnie.


Z głupot ostatniego tygodnia to placek drożdżowy weekendowy i chleb orkiszowy weekendowy. Sałatka ryżowa z tuńczykiem i kompoty które robiłam latem. Rozrabiam z wodą dokładam imbiru i słodzę miodem. Z szaleństw- otworzyłam kompot z winogron bezpestkowych i zajadam się zielonymi kulkami. Wyjątkowy ten weekend. Wysprzątane na czas i bez gadania. Jadło jak w prawdziwym wieloosobowym domu… a jednocześnie cisza i spokój. Niech tak trwa….

Nie piszę o pracy… Po zmianie zarządu to wyjątkowo paskudne miejsce. Kontakt mam tylko taki- jaki musze mieć. Nie lubię rozmawiać zawodowo z ludźmi, którzy o temacie nie maja pojęcia. Do swojego dyletanctwa nawet nie potrafią się przyznać. A mój „zmiennik” w każdej sytuacji zaznacza przed swoim nazwiskiem że jest „mgr”. Z doświadczenia wiem… że takie zachowanie cechuje ludzi, którym studia szły bardzo ciężko. Może na wizytówce domowej także ma przed nazwiskiem tytuł? Chyba i ja musze zacząć coś dodawać! Może jak zobaczy dr  zmniejszy choć czcionkę tytułu?

Znów siada mi zdrowie. Tym razem martwię się na poważnie. Usiłuję funkcjonować w miarę normalnie… jednak organizm stopuje mnie coraz bardziej. Siadło poczucie humoru i zrobiłam się płaczliwa jak dzieciak. Nie pokazuję nastroju… Staram się ukryć… Nie zawsze się udaje.

A teraz kawa… Cudna… aromatyczna i nieśmiertelna. I cicha jak ten mój dzisiejszy nastrój.



2 komentarze:

  1. Witaj Aniu.
    Dobrze jest sobie posiedzieć samotnie, bo można się wyciszyć i nabrać dystanu do wielu spraw.
    Ładna ta ikona. Najgorzej to pracować z tępakami z mgr przed nazwiskiem.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  2. Też lubię spokojność! Z kubkiem herbaty zwłaszcza!
    Gościa stukacza zazdroszczę! :-))))

    OdpowiedzUsuń