niedziela, 18 stycznia 2015

PIEROGI Z MIĘSEM...


Są dwa gatunki ludzi. Pierwszy to ten, któremu praca wyraźnie szkodzi i nie są do niej stworzeni. Przeszkadza we wszystkim… a więc ogólnie w życiu. Drugi to ten… którego praca wyraźnie kocha. Jest mu potrzebna, wręcz niezbędna do życia. Bez niej nie potrafią funkcjonować… chorują… czują ogólny, niewytłumaczalny dyskomfort i nawet trzeźwieć potrafią wyłącznie przy cięższej, fizycznej pracy. Do drugiego gatunku należę-ja.  Zdarzyło się kilka razy w moim życiu… że po spożyciu wcale nie tak sporej ilości alkoholu poczułam stan ogólnie, elegancko nazywany rauszem. Czasami ten rausz był „większy” po dwóch kielonkach niż po czterech,- ale nie o dyspozycjach organizmu temat. Zawsze natomiast po powrocie do domu, składałam głowę na podusi i zasypiałam snem sprawiedliwej. Do czasu…. Ten czas to zwykłe dwie godziny. Potem… nie wiadomo dlaczego,- sen gdzieś odpływał i zaczynała się męka „po”. (nie pisze tu o pigułkach zwanych potocznie „po”). Stan taki wszyscy znają wiec opisywać nie będę. I jedynym w takich przypadkach „lekarstwem” na zlikwidowanie dolegliwości była……… PRACA.
Najlepiej dość ciężka… fizyczna… i trwająca nie mniej  niż trzy godziny. Tak więc bywało… iż w godzinach 3.00-6.00 w moim domu zapalało się światło i zaczynało się sprzątanie. W kuchni rozchodził się zapach gotowanego obiadu… a i nierzadko w godzinach ciszy nocnej warczał odkurzacz. Po dokonaniu tego, czego trzeba było,- brałam ciepły prysznic i teraz mogłam już spokojnie spać do popołudnia.
Tak samo reagowałam na kłopoty osobiste i klęski życiowe pod różnymi imionami. Rzetelna a najlepiej cięższa fizycznie praca koiła rozpacze i głaskała rozszarpaną duszę. Gdy miałam ogród była to orka właśnie w nim… Teraz to generalne porządki w domu na balkonie i piwnicy. Ostatnie niedomagania cielesne ograniczyły pewien zakres prac…- zostało więc malowanie co nie łączy się z większym wysiłkiem i gotowanie. Co może być ciężkiego w gotowaniu?- zapyta cześć czytelników na czele z męską ich częścią. No niby nic. Jednak gniecenie ciasta wymaga odrobinę pracy. To wielce pożyteczna czynność, bo pozwala zrobić zapas makaroniku do rosołu… albo wypełnić zamrażarkę pierogami własnej roboty. Tak więc bez zbędnych wyjaśnień powiem że wczoraj był rosół z „ręcznym” makaronem… a dziś zrobię pierogi z farszem mięsnym (mięso z wczorajszego rosołu). Co się stało? Ano ciągle się coś dzieje jak to u mnie, a decyzje jakie podjęłam nie są może moje wymarzone, ale konieczne i jedyne. Zgodne z przysłowiem,- „szczęście robi dobrze ciału, smutek... rozwija siłę umysłu”. Tym paniom które zdecydowanie nie lubią stolnicy szepnę… że gniecenie makaronu doskonale wpływa na kondycję biustu chociaż…. No chociaż niektóremu tak siła przyciągania ziemskiego zaszkodziła,- że żadna ilość ugniecionego ciasta NIE POMOŻE. Zostali już tylko chirurdzy plastyczni. Na pocieszenie przypomnę… że ta właśnie siła przyciągania działa także i na panów. Tylko oni nazywają to małą atrakcyjnością swoich żon i nie wiadomo czemu unikają spoglądania w lustro gdy stoją przed nim w rozciągniętych gaciach.


2 komentarze:

  1. Witaj Aniu.
    Pracusiem nigdy nie byłem, ale to nie znaczy, że się leniłem.
    Nie wyznawałem też zasady, że na kaca najlepsza jest praca. Raczej wybij klina klinem i pewnie dlatego wyszło jak wyszło. Później zmądrzałem i ciężko pracowałem...
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się, że wałkowanie dobrze robi na biust. I nie tylko. Bo przypomniałaś, że czas odnowić moje zapasy makaronu i pierogów! :-))))

    OdpowiedzUsuń