sobota, 7 lipca 2012

burza...


 Upalny dzień…  Powietrze ciężkie jakby chciało zadusić natychmiast cały świat. Wokół burze… a miasto- położone w dołku, odpycha gorącym powietrzem każdą nadchodzącą. Znów słychać z oddali grzmoty… Niebo ciemnieje i zmienia się oświetlenie widoku z okna. Nadejdzie czy nie nadejdzie?... Da ulgę i świeższe powietrze czy znów obejdzie miasto bokiem. Wiatr porusza liśćmi drzew. Czuć już padający w oddali deszcz. I znów wszystko cichnie i milknie w oczekiwaniu. Odgłos burzy słychać coraz intensywniej. Czyżby miała zawitać? Padają pierwsze… nieśmiałe krople deszczu. Wiatr znów pieści liście obietnicą i…. i znów cisza. Ten nastrój oczekiwania… ta obietnica ulgi… wzrok wpatrzony w nadciągającą chmurę- jest jak fatamorgana oazy na pustyni. Nabrzmiewa burza… Nabrzmiewa w organizmie nadzieja na ulgę… Jak zakończy się ten spektakl… ten koncert… którego uwertura jest tak obiecująca? Świat robi się ponury. Ta ponurość jednak jest ulgą dla zmęczonego upałami ciała.  Przed oknem przepływają bańki mydlane. Wspomnienie dzieciństwa… Z każdym lekkim podmuchem wiatru tańczą w powietrzu. Deszcz pada nieco mocniej. Czuć lekką ulgę i łatwiej się oddycha. Czy jednak można mieć nadzieję na tą prawdziwą burzę? Ileż razy już tak właśnie zaczynała swą obietnicę.
Silny błysk… raz… dwa… potężny grzmot. Chyba jednak przyszła. Odwiedziła i ulży. Bańki puszczane przez dzieciaki coraz energiczniej tańczą przed oknem. Oddycham głęboko, bo robi się znośniej. Bardzo źle znoszę upały… Gdyby nie one i ukąszenia komarów, na które mam uczulenie, lato byłoby cudowne a tak… Czasami zastanawiam się czy naprawdę tak bardzo lubię lato. Cichnie deszcz… Nie odchodź!- wołam myślami. Nie odchodź- bo czekałam na ciebie. Czekałam na ciebie i wiatr… jak czeka się na kochanka, który przychodząc przynosi ulgę spragnionemu ciału. I znów oczekiwanie. Bo milknie wiatr i przycicha deszcz. Lekko świeższe powietrze wpada do pokoju. Chwytam je nozdrzami i rozchylam wargi. Podchodzę do okna i wystawiam twarz ku chmurze. A ona odpływa… Po prostu odpływa sobie, zabierając nadzieję. Pociesza lekkimi porywami wiatru. Jest cudowny… Daje taką ulgę… Taką rozkosz rozpalonemu upałem ciału. Nie tylko ja stoję w oknie w oczekiwaniu. Słychać odgłosy rozmów, które toną w rozpadowującym się silniej deszczu. Padaj… Obmywaj ciężar upałów. Jakże piękny błysk rozdarł niebo… Pojawił się na tle następnej, nadciągającej chmury. Coraz silniej pada. Padające na gorący bruk ulicy krople deszczu -natychmiast parują. Parują także i te, które obmywają nagrzaną silnie ścianę mojego pokoju. Niebo zaciągnięte szarością. Dziś nadzieja i ulga ma właśnie taki kolor. Brunek śpi schowany w kojcu w swojej szafce. Błyski prują niebo i grzmoty towarzyszą szelestowi deszczu i wiatru. Jest lepiej… Jest tak,- jak kiedyś… Gdy schowana w Twoje ramiona oglądałam burzę, która przynosiła podobną ulgę. Boję się burzy jak zawsze. Boję jak kiedyś gdy byłeś… i boję teraz gdy jestem sama. Dziś nie chowam się w niczyje ramiona. Dziś już nikomu nie uwierzę.



2 komentarze:

  1. Witam Pani Anno.
    Po przeczytaniu Pani wpisu o burzy, zapragnąłem być tą burzą.;)
    I wierzyć facetom warto. Nie wszystkim oczywiście. Na pewno jest ktoś, kto na taką wiarę zasługuje i na nią czeka.
    Robert

    OdpowiedzUsuń
  2. michalc30.bloog.plniedziela, 08 lipca, 2012

    Witaj!
    Burz ci u nas ostatnio dostatek. Przynajmniej raz dziennie.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń