niedziela, 24 marca 2013

WIEŚ Z MOJEGO DZIECIŃSTWA...


Gdy byłam młodą dziewczynką,  rodzice wynajmowali na wsi małe mieszkanie… i przez okres wakacyjny… z wyjątkiem wyjazdów na kolonie i wczasy, przebywałam tam w towarzystwie kuzynostwa i mojej babci. Piękna to była wieś… bardzo blisko lasu… a obok ogrodzenia stała wielka… ba olbrzymia topola na której, stabilnie od lat osadzone było bocianie gniazdo. Corocznie przylatywały tam te piękne, polskie ptaki i wysiadywały przeważnie dwójkę młodych. Po drugiej stronie drogi… pięknej, polnej w zasadzie, bo nieubitej drogi -były łąki. Ogromne płaty, kolorowych łąk, poprzecinanych rowami melioracyjnymi, które bardziej były strumykami z rybami niż tymi właśnie rowami. Tak…- były tam ryby. Jakieś 500 metrów od domu… na końcu grobli stał młyn. Z ogromnym kołem młyńskim, które niestety nie pracowało. Młyn po prostu był już elektryczny. To było niesamowite miejsce. Właściwie tak dzikie, że przypominało wieś z „Chłopów”. Gospodarstwo mieszczące się obok, dawało jeszcze świadectwo dawnej świetności. Obory… stajnie… spichlerz… wozownia… stodoła i działająca sporadycznie kuźnia, były dla mnie czymś… czego nie znałam… nie widziałam… a czego mogłam dotknąć, doświadczyć… i zapamiętać na całe życie. Przynoszone od rana z tego gospodarstwa mleko, smakowało najlepiej na świecie. Tam zobaczyłam i skubałam pierwszy raz w życiu gęś i kaczkę. Tam widziałam jak kura wodzi kurczęta. Tam… od tej bardzo stareńkiej gospodyni nauczyłam się tak wielu rzeczy. Tylko krowy nie mogłam nauczyć się doić. Brzydziłam się po prostu dotknąć jej wymiona. Widziałam zabijanie kury i kaczki. „Spuszczanie” z zabitej krwi na czerninę… Widziałam nawet zabijanie cielęcia. Obserwowałam podkuwanie konia… Goniłam się ze źrebakiem i jeździłam na jego matce. Do dziś pamiętam jej imię…. EMMA. Ogromny sad… Wszystkie rodzaje owoców i wielkie czereśnie na wzgórzu. Do dziś pamiętam to wszystko jako jedyne i zaczarowane. Nie chcę tam jechać dziś… Wiem,- to wszystko co pamiętam już nie istnieje. Po prostu takiego miejsca” już nie ma. Nie chcę widzieć zmian. Chyba by  bolały.

Dlaczego właśnie dziś o tym piszę?...  No jest powód. Dzisiejszej nocy śniłam o tym miejscu. Trawa była taka zielona… aż nienaturalnie świeża. Kępy niebieskich i fioletowych kwiatów… Dalej pod drzewem… pod tym wielkim kasztanem wspinał się po jego pniu biały… z ogromnymi kwiatami dziki wilec. Nad kasztanem świeciła nienaturalnym błyskiem żółta tęcza. Była jak słońce. Szłam po mokrej trawie w stronę siedzącego na mostku przy domu- mężczyźnie. Siedział na ceglanym murku i czekał aż wróci biegający gdzieś pies. Pytałam o właściciela… Miał przyjechać jutro.

Obudził mnie zaglądający przez okno ranek. Nie mogę otrząsnąć się z tego snu. Pamiętam go… widzę… jest nachalny i zapamiętany… jakże miły.

To dziwne jak niesamowicie mną wstrząsa… Jak bardzo- niech świadczy poranne odpalenie kompa i ta opowieść. Myślę… że gdybym mogła, kupiła bym to miejsce i starała się upodobnić je do takiego,- jakie pamiętam. Z drewnianym płotem i gruszką „pierdziołką” obok domu. Dalej- wszystko byłoby już inne… Dalej nie byłoby nic z czarów.
 

2 komentarze:

  1. Wspomnienia, to jedyna nasza własność, której nikt nie jest w stanie nam odebrać

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj!
    Fajne wspomnienia.Najważniejsze, że nikt i nigdy nam ich nie odbierze.
    Ja mam też takie swoje, podobnie jak realne marzenia.
    Pozdrawiam wielkanocnie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń