niedziela, 28 października 2012

PO MIESIĄCU...




Prawie dwumiesięczna praca zaowocowała nie tylko ogromnym uznaniem… ale także pewną formą awansu. Nie zabiegałam o to i nawet nie wiedziałam… Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba i było miło. Przywileje jakimi mnie obdarzono to pierwsze w historii uczelni.
Prace na konkurs- zawiezione. Zakłopotany organizator stanął w obliczu problemu, bo ilość ograniczona… a wszystkie przedstawione- podobały się nad wyraz. Pomogłam w wyborze nielitościwie odrzucając te moim zdaniem gorsze. Naturalnie dom zaniedbany… i odnoszę wrażenie mieszkania w niesprzątanej oborze… ale to kwestia przyzwyczajenia do pewnych standardów.
Jak zwykłe w tym okresie do domu nadeszła choroba. Długi przyciągnął ją z pracy… Walczyłam różniastymi środkami przez tydzień… Jednak moja osłabiona odporność legła w geście poddańczym. W piątek,- słabo/silna i z dreszczami robiłam jeszcze zakupy. Wiedziałam…. Czułam że się rozchoruję i chciałam zdążyć. Zdążyłam z zaopatrzeniem i zdążyłam kupić leki. Wieczorem gorączka zakryła mgłĄ świadomość… a nieprzespana noc stworzyła ze mnie strzęp człowieka. Przeleżana sobota i leki, obniżyła wprawdzie temperaturę… odebrała jednak resztę sił. Długi robił wczoraj dosłownie wszystko aby nie posprzątać. Dwie komory zlewozmywaka pełne,- stoją od piątku. Kurz i brud wyglądają z każdego kąta… Brunek podczas zabaw wyciąga spod mebli kurzowe „koty”. Poryczałam się wczoraj, bo lubię gdy jest czysto. Nie potrafię żyć w takim syfie i już. Jedynym pożytkiem z tego płaczu było pełne udrożnienie nosa. Noc- przespałam. Jakoś… Obudziłam się jednak nad ranem po niemiłym śnie. Siedziałam w kuchni przy gorącej herbacie z cytryną i miodem, zastanawiając się jak sobie poradzić. Wszędzie „Sajgon” a ja chora, słaba i śmierdząca czosnkiem.  Postanowiłam odpalić sprzęt i chociaż napisać po miesięcznej przerwie -bloga. Cieszy sprzedany obraz i kamienie… Smuci i niepokoi brak czasu na malowanie.
Szlag trafia mnie na niekorzystną pogodę. Planowałam wczoraj wyprawę na cmentarz i mycie grobowca. Nie pojechałam ani ja… ani Długi. Przecież mokro i pada… Nie mam pojęcia jak sobie poradzić. Długi kończy pracę późno. Mają mnóstwo pracy… i nadgodziny przyganiają go do domu dopiero po 17.00. Jest już ciemno… Jak wówczas jechać na grób? Ja boję się narażać przeziębienie. Już w tym roku miałam zapalenie płuc i lekarze naciskają, by uważać na siebie jak na dziecko. Przesunięta godzina sprawiła, że jest właściwie jeszcze noc. Do świtu jeszcze trochę a ja już zmęczyłam się dniem. Dziesiątki chustek do nosa zalegają od wczoraj w koszu. Jesu… Jaki człowiek bezradny jest gdy chory. Wśród takiego ogromnego tłumu, czuję się czasami bardzo samotna… wstydzę się powiedzieć o tym komukolwiek. Przecież i tak nikt nie uwierzy.




4 komentarze:

  1. Witaj!
    O zdrowie lepiej zadbać. Grobowiec można umyć po niedzieli, ma być ponoć cieplej.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  2. Nic na siłę!
    Jak będziesz walczyć z oporną materią domowych porządków i obowiazkiem na cmentarzu, łatwo wpedzisz się w większą chorobę!
    A tego nie życzę!

    OdpowiedzUsuń
  3. ciesze sie, w pełni zasłuzyłas :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Anka dej no znak pokoju czy dychasz ?

    OdpowiedzUsuń