widgeo.net

piątek, 4 listopada 2011

z wczoraj...

Brunek dostał na urodziny oprócz jedzonka, które lubi -NOWĄ KUWETĘ. Poprzednia… mniejsza… niezupełnie zdawała egzamin. Spory kot… gdy bardzo energicznie zagrzebywał żwirek,- część wyrzucał po prostu na łazienkę. Nowa jest głębsza i czarna… Jak Jego futerko.
Zadania z wczoraj- niewykonane bo zabrakło czasu na balkon.. Zmuszanie się harmonogramem do działania,- sprawdza się w moim przypadku znakomicie. Głupie myśli na temat tego co się dzieje, dostają wykop… a ich miejsce zajmuje działanie. O to chodziło. Planuję w drugiej połowie listopada zabrać się do pracy. Kilka rozpoczętych obrazów leży w kącie już parę miesięcy. Planuję następną kopię „pocałunku świata”- Klimta. Eskulapa- chcę zrobić w stylu Klimtowskim. Będzie pasował do Chigiei. W końcu był jej ojcem.
Wczorajsza wizyta znajomych, przedłużyła się do późna. Między innymi tematem była nierzetelność… niepunktualność… i nieuczciwość.  Bez wymieniania nazwisk, wiedzieliśmy o co,- a właściwie o kogo chodzi. Oszukaliśmy w tak głupi sposób myśli o zwykłym obrabianiu innym tyłka,- jednak „osoba” bardzo już sobie na to zasłużyła. Zasługa była tym większa… że nie dotyczyło to kręgu znajomych, na którym „osobie” bardzo z różnych względów zależało. Lekceważenie znajomych, którzy „niewiele mogą, ale jeszcze mogą się przydać” to zwykłe świństwo i chamstwo. Nie poniża „tak traktowanych”… daje za to świadectwo wartości osoby, która w ten sposób się zachowuje. Nie powiedziałam, że już dawno moja opinia jest taka- a nie inna… i tak właściwie nie mam za wiele szacunku dla tej pani. Nie powiedziałam bo i po co? Nie padały nazwiska więc i ja uogólniłam temat.
Dziś do południa wizyta… która zaowocować może zleceniem. Jeśli tak będzie… to negocjacje cenowe będą trudne. Zleceniodawca bowiem zwykł traktować zapłatę „według godzin pracy” (sztuka!) a jedną godzinę wycenia na 7 zeta (sztuka!). Długi...- zleceniodawcy nie lubi i nazywa go „bobel”. Zobaczymy… rozmowy prowadzić trzeba. Ja- z ceny schodzić… nie mam zamiaru… Jak się chce mieć portrety całej rodziny trzeba liczyć się z kosztami. A wpadł ostatnio na pomysł… że płacąc za jedną pracę….- umieści na niej postacie trzech osób. No cóż,- uzbrajam się w cierpliwość.
Kończę kawę… I może jeszcze troszkę przytulę głowę do podusi.

czwartek, 3 listopada 2011

według harmonogramu...

Zmobilizowałam się wczoraj i zaliczyłam wizytę u lekarza. Wysiedziałam swoje 1,5 godziny pod gabinetem… Wysłuchałam o chorobach pacjentów i załatwiłam co potrzeba. Potem lekkie „bankomat” i apteka… oraz zakupy -głownie żywnościowe. Kwota jaką zostawiłam w aptece zachęciła właściciela i spowodowała niebywałą rozrzutność w kierunku mojej osoby w postaci kosmetyków bardzo dobrych firm. Jak ja się teraz zabiorę za ich używanie… uroda moja wywoła niejedno zdziwienie. Wróciłam wieczorem zmęczona… Nauczona jednak przez mądrzejszych- już od pewnego czasu nie taszczę zakupów sama na górę. Sms do Długiego… i to ON wnosi wszystko do domu. Dziś muszę postać nieco przy garach. Upiec mięsko… zrobić biały barszcz… i pastę rybną do chlebka. Nieco porządku na balkonie… pranie i mnóstwo drobiazgów po drodze. Wyznaczam sobie plan działania na dzień i mobilizuję do pracy.
Dzięki Stwórcy pogoda dopisuje. Obawiałam się szybkiego nadejścia zimy… zgodnie z prognozami synoptyków. Szczęściem pomylili się setnie i nie odkręcam jeszcze grzejników. Może jakieś oszczędności grzewcze sobie poczynię?! Nigdy w życiu tak nie sknerzyłam. Byłam zawsze osobą raczej rozrzutną… i wydawanie samodzielnie zarobionych pieniędzy,- nie sprawiało mi najmniejszego kłopotu. Jak to jednak kryzys zajrzał i do mojego domu! Kawusia już wypita. Przecież nie mogę sobie wszystkiego odmawiać…


wtorek, 1 listopada 2011

domowo...


Wydaje mi się, że troszkę wreszcie dochodzę do siebie po chorobie. Tak- jak sugerował lekarz… wyjście ze szpitala, to nie zupełne, cudowne ozdrowienie-  ale perspektywa rekonwalescencji. Troszkę jestem silniejsza… a kwestia super nastroju- to także stan pogody.  Sukcesywnie doprowadzam stan mieszkania do użyteczności i przygotowuję ubrania do zimy. Sporo jeszcze pracy przede mną.. i chyba muszę zmusić się harmonogramem do wyrobienia się na czas. Listopad… a zwłaszcza jego początek będzie dla mnie bardzo trudny. Boję się go i zbieram siły. Jestem z kłopotami sama i postaram się wytrwać.
Dzisiejszy telefon od rodziny zwalił mnie z nóg. Dzieje się co tylko może najgorszego… a ja zachowałam się jak kretynka. Zamiast wyszeptać słowa otuchy… nadziei i choć krzty pociechy…- rozryczałam się jak dziecko. Nie mogę im pomóc… Nie mogę, choć bardzo chciałabym zakończyć te potworne ich kłopoty. Jeszcze teraz nie mogę opanować gniewu. Boże..- niech to wszystko co złe dla nas, wreszcie się skończy.
Pomyślałam dziś… że to dno,- pozwoli odepchnąć się rodzinie i popłynąć do nadziei i rozwiązania ciągnących się kłopotów. Może od nowego roku skończą się burze i pojawi się tęcza. Ten rok był dla nas wszystkich bardzo trudny. Ociosani doświadczeniami klęczymy i czekamy… co jeszcze złego się zdarzy. Ale dość… Dość już…. Dość…



                              

                               

sobota, 29 października 2011

pamięci tych, którzy odeszli...

Schylając głowę nad WASZYMI mogiłami wspominam imiona i twarze, które znałam. Pamięć o Was snuje się w te dni wraz z upływającymi latami. Zapalam dowody pamięci i patrzę w ogień .  Nie mam już do nikogo żalu… Ani do Ciebie, że mnie nie chciałeś… ani do Ciebie-  że nie potrafiłaś mnie pokochać. Jesteśmy  z całym swoim ludzkim bagażem ułomni… Gdy odchodzimy w inny wymiar.. wybacza się nam wszystko i stajemy się wszyscy równi. W milczeniu podnoszę upadły liść kasztana. On także skończył już swój żywot. Czas musi płynąć… Na tym oparte jest nasze życie.


czwartek, 27 października 2011

halloween...


Do życia każdego z nas SĄ przypisane narodziny i JEST przypisana śmierć. Wszyscy mówią… że to jedyna sprawiedliwość na świecie i mają rację,- choć jakość jednego i drugiego niestety zależy od prozaicznej rzeczy jaką są pieniądze. I te właśnie pieniądze handlowcy zarabiają na święcie, które z nami nie ma nic wspólnego… a jakim jest nabytek HALLOWEEN. Krótka historia…
Halloween pochodzi z czasów przedchrześcijańskich. Jego początki sięgają ok 2 tys. lat przed narodzeniem Chrystusa. Związane są z praktykami Druidów, którzy u starożytnych Celtów pełnili funkcje kapłanów, wróżbitów, sędziów i  nauczycieli. Największym świętem Celtów było święto na cześć ich boga Samhaina, pana zmarłych. Obchodzono je w noc z 31 października na 1 listopada. Ludy celtyckie tę noc traktowały w sposób szczególny.  Wierzono, że tego wieczoru duchy zmarłych powracają do swoich byłych domów, by odwiedzić żyjących. Żyjący zaś musieli przygotować na ten dzień jedzenie dla złych duchów. Jeśliby tego nie zrobili, mogły przydarzyć im się wszelakiego rodzaju straszne rzeczy, ponieważ złe duchy były złośliwe i mogły płatać figle żywym.
Tradycja ta zaczęła zanikać pod wpływem chrześcijaństwa. Aby przeciwstawić się pogańskim wpływom świętowania śmierci, Kościół przeniósł Uroczystość Wszystkich Świętych z wiosny na jesień. W 731 roku papież Grzegorz III przeniósł Uroczystość z 13 maja na 1 listopada. W roku 835 papież Jan XI rozszerzył je na cały Kościół. W ten sposób lokalne święto Rzymu i niektórych kościołów stało się świetem całego Kościoła powszechnego.
Dzisiaj pogańska tradycja Celtów zaczyna się odradzać w formie rzekomo wesołego ,,święta'' Halloween, które jest szeroko nagłaśniane przez media a także propagowane i organizowane przez niektóre instytucje min. szkoły.  Jest to tym bardziej niebezpieczne, iż tradycja ta została przejęta przez satanistów , którzy Noc Halloween  uważają za swoje święto, wierząc, iż jest to czas, kiedy szatan ma szczególną moc. Jest to więc noc tzw. ,,czarnych mszy'', orgii seksualnych, związanych ze składaniem ofiar nie tylko ze zwierząt, ale i z ludzi. W tym czasie według statystyk amerykańskiej policji gwałtownie wzrasta liczba popełnianych przestępstw.
Wszystkie fajne rzeczy napływające do nas, przyjmuję z aprobatą… ale moja aprobata kończy się w momencie… w którym te nowości zaczynają być niesmaczne. Śmierć w każdej kulturze jest traktowana szczególnie. Z powagą… szacunkiem… i wymuszoną akceptacją tego,- co nieuniknione. Karykaturalne traktowanie tego misterium- nie jest dla mnie ani zabawą… ani aktem śmiesznym. Dołączenie tego „święta” do Wszystkich Świętych i Zaduszek nie pasuje mi w żaden sposób i nie zaakceptuję tego nigdy. Dla mnie to czas powagi… refleksji… wspominania… i czczenia pamięci  tych… których już nigdy nie zobaczymy wśród nas. Myślę,- że dla nowych pokoleń święto takie zaciera powagę umierania i szacunku dla osób… które były nam tak bliskie. Zmiana taka wydaje mi się osłabianiem wrażliwości i uczuć. Tak myślę ja… i takie jest moje zdanie. A może się mylę?



środa, 26 października 2011

po nieprzespanej nocy...


Fatalnie spałam dzisiejszej nocy a właściwie NIE SPAŁAM… Już wieczorem czułam, że będzie „coś nie tak” i zrobiłam wiele, by przeczucia się nie sprawdziły a jednak… Rzucałam cholerami leżąc w ciepłym łóżeczku i zastanawiałam się - co zrobić by zasnąć. Nie spałam i jestem wściekła… zmęczona… i lepiej dziś do mnie się nie zbliżać. Może odeśpię do południa… a może nie. Poczytałam blogi  które odwiedzam… Zjeżyłam się na wszystkie okropności tego świata i boli mnie głowa. Potrzebuję miłości i opieki… Dobrego słowa i sporo ciepła serdecznego… Jest mi ciężko żyć… i coraz ciężej normalnie funkcjonować. Długi stara się jak tylko może i umie… ale nic to nie pomaga. Tak strasznie ciężko samej funkcjonować w tym zasranym świecie!... Nie malowałam już ponad miesiąc… i wcale mnie jakoś nie ciągnie do pracy. Zmobilizowałam się tylko do zrobienia porządku na cmentarzu. Pogrzeb na którym byłam naciągnął na myśli refleksje,- o których lepiej jak najszybciej zapomnieć. Albo to zmieniająca się aura… albo zwyczajnie głupieję. I tylko kwiaty jesienne lubię. WSZYSTKIE… włącznie z tymi uważanymi za „cmentarne”. Bo nie ma kwiatów cmentarnych. Na grobach w miarę zmieniających się pór roku pojawiają się wszystkie. A jesienne są wyjątkowo cudowne. Prawie szósta a tak jeszcze ciemno… Nie znoszę tych krótkich dni i prędko zapadającego zmroku. Kiedyś było inaczej. Lubiłam patrzeć na oświetlone ulice i wracających do domów ludzi. Wszystko się zmienia w życiu człowieka… Tak szybko i niepostrzeżenie… Czas przepływa jak rzeka pod oknami… której się nie zauważa. Już środa… A może DOPIERO?!






                           

środa, 19 października 2011

rozpieszczanie siebie...

Wychowywani w poczuciu obowiązków… powinnościach wobec bliskich… konieczności dawania siebie innym, bo to jest dobre,- bardzo często gubimy się w tym ile powinniśmy dawać a ile brać. Ile z siebie należy się otoczeniu a ile powinniśmy zatrzymać wyłącznie dla siebie. Bywa… że poświęcając w całości siebie… budzimy się pewnego dnia i stwierdzamy, że nie ma „nas”… bo tak traktując siebie… w taki sam sposób zaczyna traktować nas otoczenie. Zaczynamy „nie istnieć” jako jednostka mająca swoje potrzeby… swoje zdrowie… swoje kaprysy i wszystko co wiąże się z człowieczeństwem. Jesteśmy by być potrzebnymi… by służyć swoją osobą… swoimi zasobami… by mówiono o nas, że zawsze na nas można polegać. Pewnego dnia zauważamy, że ci dla których żyjemy, nie mają dla nas w ogóle czasu… i wszystko inne jest bardziej ważne, niż nasze potrzeby wobec tych osób. I wówczas właśnie.. gdy najpierw nieśmiało, a gdy to nie skutkuje, bardziej kategorycznie domagamy się pomocy, przypina nam się łątkę osoby kapryśnej… wymagającej nie wiadomo co… -by w końcu usłyszeć: „… i co się z nią porobiło…”. I nie szukajmy tutaj winy u otoczenia… tylko u siebie. Osoby uważane powszechnie za te, którym wszystko się należy przede wszystkim… w takich przypadkach otaczane są jeszcze większym zainteresowaniem i nikomu nie przyjdzie do głowy pomyśleć, że może dla takiej nie mieć czasu. Racjonalne rozdawanie siebie nie jest cechą wielu osób i tym- osoby życzliwe powinny uzmysłowić błędy…, jakie popełniają. Długie.. wieczorne rozmowy szpitalne,- to znakomita terapia dla wszystkich pokoleń. W miejscu tym bowiem… spotykają się ludzie chorzy… których różne doświadczenia, pozwalają na właściwe oceny rzeczywistości. Rozmowy z lekarzami… także zostawiają w świadomości ślady sugestii, które powinno się brać na bardzo poważnie. Tutaj dochodzi do naszej świadomości… że w życiu nasza osoba powinna być dla nas najważniejsza. Że szczególne dbanie o siebie nie jest „rozpieszczaniem”… ale powinnością i wszystkie inne powinny być podporządkowywane nam…- a nie my im. Dzielmy siebie sprawiedliwie. Połowa dla otoczenia… a połowa dla nas. Bez zwyczajowych:.. „ech, ja to później”. Przychodzi bowiem czas… gdy oglądając się za siebie stwierdzamy przeraźliwy ogrom własnej głupoty i lekceważenia tego, co powinno być dla nas priorytetem. Myślę że i ja powinnam zmienić nieco stosunek do rzeczywistości i zacząć myśleć o własnej osobie jako tej najważniejszej. Że subtelne przemilczywanie pewnych kwestii, by nie urazić kogoś jest błędem… i wraca do nas jak bumerang, jednak nie takowąż subtelnością… ale brutalnym kopniakiem. Czas chyba domagać się tego co należne… by w porę otoczenie zauważyło ważność własnej  osoby.
                             

piątek, 14 października 2011

wiara...


Trzy pierwsze dni „ścisłej”… i wlewania w moje zapadnięte żyły zawartości magicznych buteleczek minęły szybko. Większość czasu spałam… Otwierając oczy po przebudzeniu  patrzyłam na wiszący na ścianie krzyż. Krzyczał niemo MEMENTO MORI. W tym miejscu krzyk taki jest niepotrzebny. Każdy chory doskonale zdaje sobie sprawę z kruchości życia ludzkiego. Rozpostarta na skrzyżowanych drewienkach,- jakoś dziwnie wyglądała ta srebrna postać człowiecza. Kojarzyła się z obrazami Klimta, gdzie spory procent obrazu to kolory „metaliczne”. Nie potrzebujemy już w obecnym czasie aż takiej wizualizacji, by sobie wyobrazić… wierzyć… mieć się do „czego” modlić. A krzyżyk wisiał i przypominał o powinnościach wobec Stwórcy. Tylko on… tylko jeden symbol… bo przecież niewyobrażalna jest w naszym społeczeństwie sytuacja… w której wisiałyby obok siebie także inne symbole wiary. W szufladzie szpitalnego stolika…… NOWY TESTAMENT. Maleńki… z literkami nie do przeczytania… ale w każdej. Czy tylko chodzi tutaj o wiarę i pomoc duchową w trudnych chwilach,- czy także pokazanie „kto tu rządzi”? Raz dziennie… przed śniadaniem lub kolacją wizyta duszpasterska. Zbiegała się często porankiem z toaletą i obsługą chorych, ale przecież nie było to ważne. Zachowanie duchownego często wskazywało na to, że traktuje „komunikowanie” jak dane do statystyki. Ale może to tylko takie moje wrażenie. Może nie zależało mu na tym tak- jak wskazywało zachowanie. Nie czepiam się. Jestem osoba wierzącą, lecz fakt ten traktuję jako sprawę bardzo osobistą… a moje „rozmowy ze Stwórcą” nie mają charakteru regułek i wierszyków. Obserwowałam zachowania ludzkie… i zastanawiałam się, czym dla nich jest wiara. Nadzieją… ratunkiem…  wentylem bezpieczeństwa,- czy potrzebą ducha. Wiarą najłatwiej okiełznać człowieka… Założyć mu uzdę strachu i uzależnienia, warunkując od podporządkowania się – dalsze losy jego wewnętrznej energii. A i dla odbiorców tej wiary, często jest ona  niezbędną do pohamowania w sobie rozrostu wszystkiego co nazywamy złem.  Uciekamy się jednak często do pytań zadawanych Stwórcy: -„dlaczego aż tak? Czy zawiniłam? Jak jeszcze ciężki nałoży krzyż? Czy da szansę?” Na dwa pierwsze- nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. Na dwa następne….- los odpowie już niedługo. Zastanawiałam się… który ze swoich grzechów powinnam traktować jako najcięższy… Oceniłam że GNIEW. To on powoduje lawinę zachowań, których często się wstydzę… To on najbardziej porusza wnętrze i wybucha złem.
Nie potrafię często pohamować gniewu… Nie potrafiłam i tam, gdzie palec wiary był najbardziej odczuwalny. Niepokorność to i hardość… czy słabość, której nie potrafię zwalczyć?


środa, 12 października 2011

Nadzieja…

Szpitale- nigdy i nikomu nie kojarzą się dobrze. To miejsce gdzie się choruje… Miejsce niepokoju i umierania. Miejsce o specyficznym zapachu i energii. Miejsce gdzie nadzieja… strach…- mieszają się z wiarą… miłością… żalem i nienawiścią. Miejsce gdzie radość wyzdrowienia czy narodzin, zawsze okryta jest obawą o jutro. To obiekty…  w których atmosfera jest tak nasiąknięta uczuciami ludzkimi, że jej gęstość „śmierdzi” człowiekiem. A człowiek, pachnie jak śmierć… słodko i dławiąco.
Wisieć w takim właśnie miejscu było moim udziałem przez miniony czas nieobecności. Lekceważenie słabości i fatalnego samopoczucia- musiało się tak skończyć.
Przesuwające się lampy na suficie odmierzały odległości od jednej pracowni badań do drugiej. Wózek pchany przez sanitariusza uderzał o osłony ścian. Gubiłam się  w poleceniach- „proszę wstrzymać oddech… można oddychać… proszę położyć się na drugim boku..”  Badania jednak i ciągłe polecenia zaczynały rodzić nadzieję. Nadzieję… że kiedyś to wszystko się skończy,- miną dolegliwości… a ja będę mogła odpocząć.
Sala chorych. Przestronna jak na dwa łóżka. Łóżka tak wysokie, że leżąc na nich można oglądać widok z okna. Zapada zmrok… a obok siedzi mężczyzna. Przegląda jakieś papierzyska i wydaje polecenia „białym kobietom” kręcącym się w pośpiechu. Ile ma lat?- Nie wiem… Jest „bezwieczny” jak Bóg. Palce trzyma na mojej dłoni w miejscu gdzie jest puls. Chłodna końcówka stetoskopu ziębi rozpalona skórę. „Będę panią leczył… ratował… jestem pani lekarzem”-  powtarza. Przymknęłam powieki w geście rozumienia. I znów pytania… gdzie?... jak?... czy tutaj… ile dni pani nie jadła?.. . A ja – chciałam tylko spokoju… Ciszy i ukojenia w cierpieniu. Nie miałam już siły odpowiadać na pytania…  słowa więzły w gardle.
Terkot zabiegowego wózka. Wkłucia… ssanie krwi do probówek. Nad głową błyszczy stojak do podawania kroplówek. Zapełniają się obejmy do butelek. Od tego momentu czas… moje istnienie odmierzane jest tempem spadania białych płynów do żyły. Proszę leżeć i odpoczywać… Boże…- a co ja teraz mogę innego robić. Nie mam nawet siły poprosić o picie. Na krzesełku obok siada „biała kobieta”. Rozpakowuje moją torbę do szafki i tłumaczy gdzie co kładzie. Leżę z zamkniętymi oczyma. Co czuję? Czuję nadzieję… Nadzieję… że słowa jakie powiedział ten człowiek- będą czynem. Nadzieja potęguje się -gdy siostra przybiega z nowym lekiem. „Pan doktor się wystarał…” oznajmia. Po paru godzinach jest lżej. Lekarz odchodzi do domu, wydając polecenia młodej kobiecie ze stetoskopem na szyi. Przyćmione światło… Zatroskane spojrzenia chorej leżącej obok… Przychodzące i odchodzące „białe kobiety”… Zmieniające się kształty i wielkości wiszących nade mną butelek. Teraz ci ludzie… to miejsce… stojak i butelki… kojarzą się przede wszystkim z nadzieją. Całe to miejsce nabrzmiewa ufnością do drugiego człowieka i nadzieją w jego profesjonalizm. Zasypiam tak głęboko… że nie zauważam że jest już południe dnia następnego. Posiniaczone ręce… „Zaworki”- w innych miejscach. „Żyły nie wytrzymały ilości”- tłumaczy „biała”… A mnie jest wszystko jedno. Zamknąć oczy i spać… Zasypiam… Z nadzieją… Że kiedyś się to skończy.



do żywych...

Po trzech tygodniach "niebytu"... wróciłam do żywych.
Nie zastanawiam się PO CO? Tak chciało przeznaczenie...
                        Po przyzwyczajeniu się do własnego domu- wrócę.