widgeo.net

sobota, 25 października 2014

POŚWIĘCENIE…

 
Panowie także oglądają modowe nowości. Z okazji urodzin dostałam przepiękne kolczyki z perłami. Pierwszy rzut oka ocenił je jako zbyt duże… wyzywające… niepraktyczne. Gdy jednak usłyszałam cichy szept że są podobne do tych które nosi księżna Kate… nie rozwijałam już tych ocen ani ciut więcej. Faktycznie… gdyby były w formie łezki a nie kulki byłyby identyczne. W całej więc swojej babskiej głupocie założyłam na uszy i usiłuję się do nich przyzwyczaić. Nigdy nie lubiłam kolczyków. Zawsze drażnią moje małżowiny… bo niestety ciało mam na takie ozdoby zbyt wrażliwe, ale przekłułam sobie onegdaj… jako przekłuwały wszystkie moje koleżanki.  Tak więc paraduję od trzech dni z łzami morza w zaróżowionych uszkach. Najgorzej w nocy… Lubię przytulać się do „jaśka” jednak na razie muszę ograniczyć do minimum te nocne „pieszczoty”.


Mijają więc dni i noce… Uszy różowe….a perły śliczne. Wytrzymam….- dla „piękności” wytrzymam.
Z innych domowych newsów…. Młody facet który ze mną mieszka – zaręczony! Rozmowa dyscyplinująca – przeprowadzona. Na razie jakby zrozumiał i jest nienormalnie bo sielankowo. Niechby tak nienormalnie zostało.
 

sobota, 18 października 2014

DZIEŃ PO URODZINACH...


Zalegające  dechy… może trochę chęci… spowodowały
popełnienie sześciu ikon. Poniżej te najciekawsze… najbardziej udane.





O uroczystości urodzinowej…- nie wspomnę. To chyba najgorsze urodziny w moim życiu…-spaprane naturalnie przez facetów. Skończone długą całonocną rozmową,- jednak zaplanowały jakimiś wbitymi mi do głowy prawdami. Największa z tych prawd, już dawno „objawiona” przez mądrych ludzi to ta: że należy być egoistką. Altruizm dawno nie jest trendy i nie należy do dzisiejszych czasów. Dla niektórych wręcz śmieszny… dla mnie był normalnością. Dała mi jednak ta normalność w tyłek.
Wytłumaczono mi właśnie różnice między altruizmem a uczciwością i nauczono łączyć tą uczciwość z egoizmem. Uczono przez długie godziny egzekwowania należnych mi „służebności” bez wybuchającej w sercu litości nad ich wykonawcami. Kartkę z napisem: „ja- daję ci siebie i to co mam, włącznie z sercem i miłością…. Ty- dajesz mi to co ja potrzebuję. Bez ociągania, pretensji i niezdrowych obiekcji. W przypadku wahań co do relacji… możemy z siebie zrezygnować...” mam sobie powiesić nad łóżkiem i czytać po każdorazowym zmówieniu pacierza. Są to jak zwykle tylko rozmowy i obiecanki… bo ja się już chyba nie zmienię. Bezgraniczna miłość i litość wobec otoczenia, tak już mną ogarnęła, jak nałóg- alkoholika i odwyk byłby bardzo trudny. A może jednak będę próbowała. Małymi kroczkami… pojedynczymi zdarzeniami… Powinno się walczyć o siebie. Tak- jak ludzie którzy właśnie mnie dogrzali do żywego.
Teraz kawa. Dziś jeszcze nie piłam…


                       

czwartek, 16 października 2014

poniedziałek, 6 października 2014

MIMOZAMI JESIEŃ SIĘ ZACZYNA...


„Dziękuję ci, serce moje, że nie marudzisz, że się uwijasz,
bez pochlebstw, bez nagrody, z wrodzonej pilności”.
Wzięło mnie w tym roku na przetwory. Mam więc kolekcję kompotów z nektarynek i winogron (bezpestkowe na szczęście). Mam przecier pomidorowy na zupę… i nieudany ketchup. Nie wiem dlaczego nieudany bo robiłam zgodnie z przepisem z netu ale mnie nie smakuje. Na szczęście znalazłam dla niego inne zastosowanie i tam….-PALCE LIZAĆ. Rewelacyjny do sosu pomidorowego do spaghetti a dodana do niego papryczka  chili nadaje sosu/sosowi boski smak. Kilka słoików jabłek i kilka jabłek ze śliwką do naleśników- też się przyda. Ogórki też są. Myślałam jeszcze o buraczkach na jarzynkę czy zupę… ale muszę któregoś dnia ruszyć Młodego na rynek żeby przywieźć surowiec. Będzie miał teraz zasłużony urlop. No tak! -nie mógł wypocząć latem, bo wszyscy inni musieli… a on pracoholik się zrobił, więc pójdzie teraz. Kiedyś na szczęście musi. Myślałam też o przecierze z dyni bo oboje lubimy dyniową zupę. Psia kość… no gospodyni domowa się na potęgę robię. Kłopoty gastryczne jakie miałam/mam są spowodowane ogromem chemii w żywności. Gdy ją ograniczam… śmiga mi żołądek jak szesnastce. Co mi tam…- jak mam czas- zrobię.
Kupiony szybkowar sprawdził się na tip-top. Niestety nie mogę gotować w nim tradycyjnego rosołu…. ale tą celebrację jakoś zniosę.
NIE PYTAĆ BO TO ŚLISKI TEMAT!.... – Nie… nie malowałam. Zaczęty anioł stoi na sztalugach i patrzy spode łba. Nie mam po prostu weny i jak siadam do sztalug to mnie mdli. Miałam za to już dwie grypy zanim zdążyłam się zaszczepić. I co?! Tu jestem chyba lepsza od całego świata bo pierwszą miałam na początku września.
 Za oknami przepięknie przebarwiają się drzewa. Czekam na wietrzny dzień i już ładuję baterie do aparatu, żeby utrwalić spektakl opadania liści w jednym dniu. Mam nadzieję że się uda… a nakręcony film- pokażę. Na balkonach już wrzosy… Gdy zapełnię ponownie korytka ziemią… zacznę myśleć o ściągnięciu gałązek igliwia żeby je w nie powtykać. Może jeszcze jakieś donice z jesiennymi chryzantemami.
 W tym roku znów z tui leci igliwie. Zasilałam nawozem na opadanie igieł… ale jak widać bezskutecznie. Obcięte gałązki wykorzystam do korytek a pień-wyrzucę.
Lubię jesień… Właściwie czekam na nią każdego roku. Może to z racji urodzenia o tej porze roku… a może „sukienka” w jaką przebiera się świat. W tym roku wyjątkowo piękna i jeśli wierzyć prognozom… będzie ciepła.
A w ogóle marudnieję… Ktoś zaczyna mówić do mnie per „brzęczydełko” i gdy w dobrym nastroju opowiadam swoje „śmiesznostki” niepokoi się moim samopoczuciem. Zgroza- prawda?
Kilka ubraniowych zakupów- poczynione. Nie jest to cud świata… ale nastrój poprawiły. Planowane na pewną uroczystość… niestety się nie przydały. Złożona grypą, przeleżałam ten czas… Może dobrze… Jakoś po tej uroczystości czuję emocjonalny niesmak. Jeszcze muszę pomyśleć o „codziennych” jesiennych butkach,- bo wyjściowe „super butki” –mam. Brakuje mi w domu porządnej szafy. Takiej dużej jak to bywały kiedyś. Nijak nie mieszczę się w tym co mam, mimo dokonanego kilka dni temu przesiewu niepotrzebnych ciuchów. Naprawdę… Wyrzucałam aż furczało.
 Mimozami jesień się zaczyna… Złotawa… krucha… i miła…

niedziela, 17 sierpnia 2014

PO DŁUGIM CZASIE...



Tak wygląda zaniedbana kobieta….-

----

Tu powinnam wkleić swoje ogromne zdjęcie. Tylko która z nas lubi oglądać się w takim stanie?
Dbałam tylko o paznokcie... „mogą być” i z konieczności o włosy,- bo podkuszona namowami zrobiłam kilka miesięcy temu „lekką,- dla puszystości” trwałą. Tak więc do połowy włosięta zniszczone chemią a od połowy odżywiane i zadbane. Jedynym wyjściem jest wizyta u dobrego fryzjera i poświęcenie nożyczkom sporą ich długość. Tak trzeba zrobić. Za głupotę i bezmyślność zawsze się płaci. Płacę także za inną bezmyślność i jeszcze jedną i następną. Kilka bezmyślnie straconych na głupotach miesięcy trzeba odrobić. Zaczynamy więc od zdrowia (przewlekłe zapalenie oskrzeli) i zrobienia listy lekarzy, których trzeba odwiedzić celem kontroli. Zaczniemy od stomatologa,- poprzez okulistę i kilku innych ważnych specjalności. Zazwyczaj postanowienia takie czyni się z okazji nowego roku jednak dla mnie od dziś jakby nowy czas się zaczął. Oczekiwanie na wizyty wypełnię przeglądem w szafie. Coś trzeba wyrzucić… coś dokupić. Jesień za pasem i czas na wymianę ubrań.
Jak spędziłam lato? Głupio i bezmyślnie jak już nadmieniałam. Wstyd się przyznać… że taka stara dziewucha jak ja… uwikłała się w takie głupoty. Mówią jednak doświadczeni ludzie, że takie odmiany są potrzebne i tak zupełnie na nic i głupie to- to nie było. Trzymajmy się tej wersji żebym ze wstydu nie zjadła własnych palcy.
Już bez niedotrzymywanych obietnic wezmę się za malowanie…. Żeby zakryć farbą wszystkie popełnione niedorzeczności i wstyd jaki oblewa moją twarz. Leczenie oskrzeli-zaczęte. Wiem że trochę potrwa… bo lekarz domowy wskazującym palcem wybił mi trzydniówkę z głowy. Otworzył perspektywę kilku tygodni… a ja posypawszy głowę popiołem pokutnym przytakiwałam wszystkiemu.
Kwiaty na balkonach zaglądają sąsiadom mieszkającym pode mną do okien. Nabiegałam się z troską nad nimi całe lato, ale wyglądają imponująco. Zaryzykuję stwierdzenie że mam najładniejsze balkony w mieście. Nawet hibiskus stara się „jak nie wiem co” i wydał już z siebie z dwadzieścia ogromnych jak dłoń męska kwiatów. Czas zainteresować się jego rozmnażaniem bo niekłopotliwy i wdzięczny w uprawie.
Postanowienia spisane i cerbera trzeba by zostały zrealizowane. Może wreszcie dorosłam i choć 80% z tego się uda.
No i pozdrawiam wszystkich… pozdrawiam… i przepraszam za czas milczenia.


sobota, 28 czerwca 2014

SOBOTNI PORANEK...



Gdybym kierowała się nastrojem… właściwie zupełnie inny wpis powinien pojawić się pod dzisiejszą datą. Zazwyczaj tak było… i zazwyczaj był to wpis mroczny… mało zachęcający do rannego postawienia bosej stopy na przyłóżkowym dywaniku. Rzeczywistość taka była… i wpis byłby najprawdopodobniej właśnie taki gdyby nie…. dzwonek telefonu. Gdy odłożyłam telefon na stolik, licznik pokazał liczbę 1:45:22   I o dziwo nie była to poranna rozmowa z jedną z moich nieszczęśliwych koleżanek. Nie byłam dziś odbiorcą confessio. To mnie chciano dziś wysłuchać… bo wyczuto taką potrzebę z tembru głosu. Nie do tego odbiorcy chciałam się „przytulić”, ale rozmowa… skierowana na właściwe tory, spowodowała inne rozpoczęcie dnia niż się tego spodziewałam. Tak więc nie będzie dziś o nieszczęściu… o pechu… o ironicznym losie… i wszystkim innym co mogłoby zakłócić radość z tego słonecznego dnia.  Dziś będzie o radości jaką potrafi dać roślina… która  kupiona  z litości dwa miesiące temu jako dwa cienkie badyle,-  spowodowała że musiałam ją przesadzić do większej donicy… a pędy mają już ponad metr...




O tym że inna… uratowana z trzema marnymi listkami na początku zimy, cieszy teraz oczy i rośnie także w większej donicy.






 O przepięknych kwiatach na balkonie i portfenetrach, które zwisają już do połowy barierki… 




O hibiskusie kupionym w markecie, za 2 złote i właściwie  przeznaczonym na wyrzucenie. Zakwitł pięknymi kwiatami o herbacianym kolorze.







 Nie mogłabym nie wspomnieć o zwisającej truskawce, która właśnie kończy owocowanie… i o tym że popularna „komarzyca” spełnia swoje odstraszające zadanie. Widok lamp solarnych, które zapalają się wraz ze zmrokiem, trzeba zobaczyć, aby móc podziwiać ich wyjątkowe piękno przebijające spośród kolorowych płatków kwiatów. Dotknąć bujnej czupryny naci pietruszki kędzierzawej rosnącej w koszyku i spróbować smaku szczypioru siedmiolatki,  która rośnie w koszyku obok. A tuja?  - tak… ta tuja która straciła zimą 1/3 zielonego pióropuszu? Nikt nie wierzy że to ta sama roślina. A ona puszy się przepięknie udowadniając, że szczęście można rozdawać tylko wówczas gdy samemu jest się szczęśliwym. To wielkie kolorowe szczęście znajduje się w jednym miejscu. Na powierzchni balkonu 1x1,5 metra… na którym stoi także „pół” okrągłego stolika i fotelik dla gospodyni. Szkoda tylko że na „ten fotelik” ta gospodyni ma tak mało czasu. Jednak ta „gospodyni” postanowiła wrócić do swoich zarzuconych pasji… a zacznie od kontynuacji zaczętego już dla kogoś anioła. To wycisza i uspokaja… A tego spokoju i wyciszenia bardzo teraz potrzebuję.