widgeo.net

niedziela, 22 czerwca 2014

ŚWIĄTECZNA ROZMOWA...



Zawsze przyciągała „nie takich” facetów. A to był to ledwo opierzony młokos, których nie cierpiała… A to pojawił się „starszy stateczny” których lubiła, ale tego interesowało przede wszystkim jej atrakcyjne, młode ciało. Potem ci… dla których była „dobrą partią”. Z tym , którego pokochała była 4 lata. Początki nie były łatwe i proste. Ani dla niej… ani dla niego. Po traumie jaką przeżyła jako nastolatka pozostały blizny… otwierające się na widok każdego faceta. Obydwoje walczyli z przeszłością ponad rok. Jej zaangażowanie…. jego cierpliwość… i wydawało się wszystkim że są parą idealną. Wyzuta z zazdrości… ufna jak dziecko… nie zauważała że miłość i szczęście wymyka jej się z rąk. Nawet wówczas gdy otoczenie słało sygnały,- przyjmowała je jako zazdrość o szczęście… złośliwość… wrogość. Do dnia, w którym usłyszała że nie jest już kochana… że właśnie zostanie teraz sama i że prosi się ją o wybaczenie. Nie wybaczyła… Nie umiała zrozumieć dlaczego tak się stało… gdzie i ile jest w tym co się stało,- jej winy. Po wielkiej miłości pozostały „przyzwoite stosunki” pomiędzy tymi dwojga.  Zostało także ostrzeżenie i ziarnko nieufności i umiejętność zazdrości.  Postanowienie o tym że już zawsze będzie sama, było nie do obalenia i trzymała się tego jak tonący koła ratunkowego. I nawet chyba było jej z tym dobrze. Dobrze… bo czuła się bezpieczna… Nie do ruszenia… i nie do zranienia powtórnie. Pielęgnowała to swoje singielstwo… a słabości zakrywała określeniem własnej osoby jako „zimnej francy”. Najprawdopodobniej to potrzeba miłości… jakaś wewnętrzna samotność pchnęła ją w ramiona człowieka, którego początkowo nie trawiła. Wydawał jej się arogancki i bezczelny… a z czasem zamieniający się we wrażliwego, ciepłego delikatnego faceta. Chyba ta delikatność przełamała większość barier jakie postawił przed nią los…  i które sama zbudowała przed sobą. I gdy miała obalić ostatnią,- zapaliła się przed nią „lampka ostrzegawcza”. Nie potrafię zdecydować czy to rzeczywiście kolor czerwony… czy tylko do czerwonego podobny. Na zadane mi pytanie…- nie potrafię odpowiedzieć jej jednoznacznie. Widzę… że bardzo chce wierzyć, że to tylko sen czy maligna. A co będzie gdy podpowiem „uwierz”…  a lampka będzie rzeczywiście czerwoną? Jeśli historia się powtórzy? Nie wiem… Już nic nie wiem. A ona ciągle, uparcie zadaje dziwne pytanie:- DLACZEGO?


wtorek, 20 maja 2014

OGŁOSZENIE GOSPODYNI DOMU...




Wreszcie ciepło… ale jak to zwykle u na,-s amplituda temperatur powoduje zawirowania nie tylko w szafie, ale także w organizmach. Bozia dała wrażliwość jaką dała, więc codziennie coś dolega… powoduje dyskomfort i niechęć do pędu życia. Ale co tam… udaję że nie widzę… nie czuję… i pędzę dalej. Właśnie…- „pędząc” wczoraj schodami w dół zauważyłam kartkę/ogłoszenie- doklejone do przypiwnicznej ściany. Zazwyczaj nie zatrzymuję się przy tego rodzaju treściach… jednak słowo „zejszczy” włączyło hamulce. Przeczytałam… Yesu- jak to dobrze że przed chwilką skorzystałam z toalety. Gdyby nie- pewnikiem byłabym kandydatką na „zemstę gospodyni domu”. Fotę komunikatu zamieszczam… jednak gdyby ktoś miał kłopoty z odczytaniem tekstu przepisuję treść.


Drodzy Państwo… Krótki komunikat a ile treści. Nie wskażę już że napisany na reklamowej bankowej kartce notesika… Nie zwrócę uwagi że dość ładnym krojem czcionki… to mniej ważne…- ale treść! Określenie na wstępie czynności (zejszczy)… dość dokładne wskazanie miejsca (tutaj)… i zobaczę- czyli warunek a nie posądzanie niewinnych. Dalej określenie części ciała która będzie narzędziem zemsty (morda,- bo przecież ktoś kto jszczy pod drzwiami nie może mieć twarzy)  i wykonanie wyroku (umoczę w tych szczochach). Mistrzostwo świata w pisaniu ogłoszeń. Tak szybko jak tylko się dało… komórka poszła w ruch. Waliłam fotki coraz bliżej i bliżej… żeby nie stracić nic z napisanego każdego słowa. Jeszcze przed uruchomieniem silnika w autku… poszły w świat mms-y. A co?!- niech ludziska też mają od rana ubaw. Do dziś wywieszone ogłoszenie ma w swoich komórkach pół miasta. Najbardziej spodobało się prezesowi jednej ze spółdzielni mieszkaniowych… które to ogłoszenie przedstawił kolegom na zebraniu rady nadzorczej. Niech wiedzą jak należy informować lokatorów o powinnościach wobec gospodyni domu. Kartka nadal wisi… Najchętniej oprawiłabym ją w ramkę i powiesiła w „ratuszu”. I wiecie Państwo co?.... Poskutkowało! Od czasu gdy wisi- nikt pod drzwiami piwnicy nie „NAJSZCZAŁ”.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

O MIŁOŚCI I KONIECZNYCH DECYZJACH...



Temat dzisiejszego postu przyniosły zgrabne nogi w przepięknych szpilkach. Dźwięk domofonu nie zdradzał tego… co wchodziło do mnie ciężkim krokiem na górę. Moja przyjaciółka… Osoba znana wieki… towarzysząca mi prawie od zawsze… Będąca dobrem i złem jakie zdarzało mi się w życiu.
Gdy widziałam ją tydzień temu promieniała radością życia. Na pierwszy rzut oka widać było zmiany jakie w niej zaszły. Dobre zmiany… Szczęście które kroczyło obok niej i radość w każdym geście i słowie. Tak wyglądają tylko ludzie muśnięci miłością i o tym mówiła.  Opowiadała o słowie „kocham” które usłyszała…. O tym – że „prawie” w nie wierzyła… że usiłuje do siebie dopuścić to… czego bardzo bała się przez całe swoje życie,- a czego pragnęła najbardziej na świecie. To- dla czego popełniała mnóstwo błędów i z czego już zrezygnowała. Patrzyłam wówczas na tą „gidyję” z radością i nadzieją… że w końcu jej się powiedzie i będzie w pełni szczęśliwa.  Myślałam że dziś… idzie do mnie z dobrymi nowinami... decyzjami które chciała podjąć. Owszem… decyzje były, jednak nie takie jakich się spodziewałam… a jej wygląd zszokował mnie zupełnie. Przygarbiona…. Szara na twarzy i upłakana jak dziecko… Bez makijażu… ledwo ciągnąca za sobą nogi. To- co zobaczyłam przed sobą… krzyczało o co najmniej dwóch nieprzespanych nocach i nieszczęściu o jakim miałam za chwilę się dowiedzieć.
Usta… które zapewniały ja o uczuciu,- były facetem w jej wieku. Człowiekiem  bardzo wrażliwym… czułym… i jej oddanym. Niestety, jak większość z nas- po przejściach, które zostawiły potworne piętno na tej zagubionej w dzisiejszym świecie duszy. Było im ze sobą dobrze, jednak to,- co ten człowiek przeżył… i złego i dobrego…. zostało i zostanie na zawsze. W każdym dniu ich ewentualnego wspólnego życia pojawiać się będzie ból, tego co przeżył… Każdej nocy spać z nimi będzie jego była żona, którą bardzo kochał i chyba gdzieś głęboko nadal kocha. Nadal towarzyszy mu w każdej myśli i miejscu w jakim przebywa mimo, iż kroki jakie podejmowała przeciwko niemu świadczą o wyjątkowej nienawiści jaką go darzy i upadłości charakteru. Na co to moje nieszczęście liczyło –nie wiem… Wiem jedno,- podczas rozmowy zorientowałam się że z upadku z jakim do mnie przyszła nieprędko się podniesie. Wyjątkowo delikatna i wrażliwa zakrywała przed sobą to… co widziała i łudziła się że przezwycięży. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt… że nie walczyła ze zdradą. Zdradę czasami się wybacza.  Walczyła z inną miłością z którą wygrać się nie da. Przez jej ręce przewijały się dziesiątki chusteczek…  które wyciągając z pudełka przerzucała mokre do kosza. Nie wiedziałam co jej doradzać. Czy pocieszać że to minie… czy podtrzymywać w przekonaniu że się zmieni. Przecież w pewnym wieku nie ma ludzi „czystych”. Wszyscy noszą jakieś znamię… jakąś przeszłość… brzemię które ciężko zrzucić. Moje wątpliwości rozwiały następne jej słowa. „Wiesz… wczoraj się kochaliśmy… I było cudownie do momentu w którym nie zaczął opowiadać o swoich upodobaniach erotycznych pod kątem byłej żony…” (?!) „…nawet chyba nie zdawał sobie sprawy że tak się dzieje… był spontaniczny… szczery…” (?!)
Wiedziałam o czym mówi… Wiedziałam dlaczego przedwcześnie uciekła z tej randki. Wiedziałam co czuje i zdawałam sobie sprawę z tego że nigdy nie będą razem. Popłakałam się także… Chusteczki z następnego pudełka zapełniały kosz. Płakałyśmy tak długo… Każda nad tą drugą i nad sobą. Każda z nas zasługiwała na miłość i musiała z niej zrezygnować. Dla własnego dobra… dla dobra partnera. Bo tak należało by spokojnie żyć.


niedziela, 13 kwietnia 2014

GOŁĘBIE... KRUK... I JASTRZĄB GOŁĘBIARZ...

Wizyta w dniu dzisiejszym na blogu przypomniała o coraz szybszym biegu czasu… o monotonności dnia codziennego i fakcie, że upływające życie jest tak nijakie, iż brak tematu do poruszenia w tym specyficznym miejscu. Jestem pacyfistką więc unikam wszelkiego rodzaju newsów… bo są to przede wszystkim informacje o „nadchodzącej wojnie”… o tym jak biją się bracia i o wzajemnym sobie wygrażaniu. Powracająca w tym okresie „sprawa smoleńska” mimo tragizmu wychodzi mi już bokiem… i otwierając przed śniadaniem  lodówkę obawiam czy także i tam nie wyskoczy mi Smoleńsk. Zlecenia zgodnie z obietnicą przed świętami wykonałam i mam nadzieję że klienci zdążą na ten uroczysty czas prace oprawić.





Sprzątanie wiosenne… No cóż przed każdym takim czasem muszę stoczyć walkę z Długim o pomoc… ale wraz z doświadczeniem idzie mi to coraz lepiej. Okna pomyte… drzwi także… korytarz i przedpokój wysprzątane włącznie z umyciem szaf. Codziennie do czegoś nakłaniam, żeby nie użyć określenia „zmuszam”. Główne zakupy przedświąteczne- zrobione. Do nabycia zostało już tylko to- co trzeba bezpośrednio przed świętami.
Natura ma swoje prawa… i te prawa często bardzo nachalnie i gwałtownie okazuje. Od dwóch tygodni walczę z tym… co zawsze hołubiłam i bardzo przychylnie traktowałam. Ptaki… a konkretnie gołębie upodobały sobie moje balkony do „zasiedzenia’. Najpierw było to koczowanie w stojącej sporej thui… potem robienie gniazda na foteliku wystawionym na balkon… by na końcu osiedlić się w osłonce na doniczkę bo była spora… w dogodnym, zacisznym i niewidocznym dla innych miejscu. Nie mogę im pozwolić na takie działania z powodu posiadania najwspanialszego na świecie kota.
Wystraszałam więc demolujące mi drzewko ptaki,- by potem uniemożliwić im robienie gniazda na foteliku przewracając go na bok. Gdy zobaczyłam je siedzące w osłonce na doniczkę, usiłowałam wygonić… ale jakoś chyba się mnie nie bały bo patrzyły zdziwione… jakby chciały dowiedzieć się o co właściwie mi chodzi. Biorąc pojedynczo w ręce wypuszczałam w park... niczym Papież z okna… a sąsiedzi po drugiej sztuce (gołębia) pytali czy założyłam hodowlę. Przyszedł więc czas na dodatkowe i konkretne już działania.  Zamówiłam kruka i nagrałam krzyk jastrzębia gołębiarza. Kruk jest przepiękny i wygląda na barierce balkonowej jak prawdziwy. Puszczany kilka razy dziennie krzyk „mordercy gołębi” robi swoje. Ptaki nie przylatują. Balkon przygotowany na powitanie wiosny i posadzenie kwiatów. Myślę… że nie zrobię tego wcześniej jak na początku maja. I tylko jakoś nie mogę zapomnieć spojrzenia tej pary gołębi którą musiałam siłą wyrzucić ze swojego domu… choć zrobiłam to, by je chronić przed zakusami na ich życie -mojego kota.