Weekend….- wystawa. Dwa dni- wytrzymam. W przyszłym tygodniu planuję wypoczynek. Jeśli się uda- południe kraju i ukochany Kraków. Muszę wypocząć… muszę choć na chwilę zmienić środowisko. Przecież przed niedzielą wrócę!...
piątek, 15 lipca 2011
czwartek, 14 lipca 2011
następne pokolenie...
Po wielu nieudanych próbach zapłodnienia In vitro…. znajoma JEST W CIĄŻY. Ciąży bliźniaczej …. dwujajowej … jednopłciowej… i będzie niedługo rodzić swoich synów. Ciąża zbiegła się z budową domu, który niestety nie zostanie oddany do użytku do momentu porodu. Z resztą jestem zdania, że takie maleństwa nie powinno się wychowywać od pierwszych dni życia w oparach wszelakich środków chemicznych, użytych do budowy. W rozmowie z przyszłą mamą dowiedziałam się natomiast o wszystkich planowanych… i możliwych udogodnieniach, jakie wspólnie zaplanowali na czas wychowywania swoich dzieci. Monitoringach… sygnalizatorach… termoregulatorach… specjalnej budowy fotelikach po 1500 zeta jeden… specjalnych zabawkach i kołyskach robiących samemu wszystko. Ubrankach… nocnikach, które niemal same za dzieciątko robią kupkę i siusiu oraz wszystkim czym współczesna technika szczycić się może,- choć narzekają na wysokie ceny pieluch(?). Ok…. doskonale zarabiają… mogą sobie na to pozwolić…. CHCĄ SOBIE NA TO POZWOLIĆ. Moim jednak, skromnym zdaniem… powinni zadbać o to by dzieciaki zobaczyły także jak wygląda NORMALNE ŻYCIE milionów innych dzieci, aby nie zagubić się w tym „technicznym świecie”. Przecież nie będą żyły same. Powinno być przedszkole…. szkoła… przyjaźnie z dziećmi mniej zamożnych rodziców i chleb ze smalcem u kolegi. Może zabraknąć energii elektrycznej na automatyczne karmienie i trzeba będzie czasem użyć zwykłej mąki ziemniaczanej, zamiast drogich kosmetyków do opudrowania pupci. Jestem kobietą OGROMNIE TECHNICZNĄ… Wszystko co nowe ciągnie mnie jak faceta. Są jednak dziedziny życia w których jestem tradycjonalistką i osobą konserwatywną. Tą dziedziną jest także wychowywanie dzieci. Nie dopuściłabym żeby moje dziecko przytulało się do sztucznej niańki zamiast do mojego policzka.
poniedziałek, 11 lipca 2011
Pytanie Oksany...
Spytałaś mnie Oksano dlaczego jesteś wciąż sama… Popatrz na facetów. Dla nich kobiety są jak jabłka. Najsmaczniejsze rosną na samym szczycie drzewa. Wielu mężczyzn nie chce wspiąć się na drzewo. Obawiają się upadku i uderzenia. Zbierają jabłka które spadły. Nie są one tak dobre…. Są po prostu tylko dostępne.
![]()
niedziela, 10 lipca 2011
zadbanie o siebie...
Piątek to dzień… w którym lekarze mają stosunkowo niewielu pacjentów. To tylko kontrole wyników…. skierowania… wypisywanie recept. Poszłam więc z tymi swoimi słabościami do lekarza w piątek. Nie pchałam się „na pierwszą” bo wcale na tym „pierwszeństwie” mi nie zależało . Wręcz przeciwnie. Miałam zamiar swobodnie pogadać z medykiem i wraz z nim dojść do przyczyny moich bezustannych słabości. W poczekalni zjawiłam się godzinę po tej… w której powinien rozpocząć przyjmowanie. Zazwyczaj były tam w te piątki już tylko ze dwie osoby. Zdziwko,- jak mówi Długi… bo wszystkie sześć krzeseł było zajętych przez pacjentów. Po grzecznym „dzień dobry” spytałam kto „w tej kolejce oczekuje jako ostatni”. Staram się właściwie dobierać słowa, by nie obrazić nikogo określeniem „ostatni/ostatnia”. Ostatnią była starsza pani… odziana modnie, czyli bardzo jaskrawo. Makowa czerwień na paznokciach jej rąk i nóg dawała świadectwo porze roku. Po 15-tu minutach oczekiwania… spytałam nieśmiało ilu pacjentów przyjął już lekarz. Matko jedyna czego się nasłuchałam… Dowiedziałam się wówczas że: ..LEKARZ JESZCZE NIE PRZYSZEDŁ I WŁAŚNIE SPÓŹNIŁ SIĘ JUŻ PONAD GODZINĘ. ŻE TO NIEDOPUSZCZALNE I CO ON SOBIE MYŚLI... ŻE DRWIENIE Z PACJENTÓW NIE GODZI SIĘ TEJ PROFESJI I CZAS Z TYM SKOŃCZYĆ… Dalszych informacji przepisywać nie będę. W duchu powiedziałam tylko… że zakładam się o dobre lody… że gdy przyjdzie- nawet nie przeprosi. I stało się jako przewidziałam. Po półtorej godzinie spóźnienia, nasz domowy kurdupel… sorry lekarz pojawił się w przychodni. Przebrał się w fartuch… zaliczył toaletę… zamówił u rejestratorki służbową kawę i wszedł do gabinetu. Jakoś szło, bo znam zasady jego pracy, Zdziwiłam się tylko czasowi jaki poświęcił makowej damie. Rozmawiali ponad 20 minut i gdyby nie wiek owej, pacjenci snuliby różniaste domysły. Powitał mnie z uśmiechem… Nie powiem bo grzecznie… mając oczywiście powód jaki dostał podczas wizyt u mojej bardzo chorej, żyjącej jeszcze mamie. Wysłuchał bolączek jakie udało mi się z siebie wydobyć. Tu muszę objaśnić czytających… że jestem osobą, która potrafi opowiadać o swoich dolegliwościach ale…. ALE NIE MEDYKOM. Przy nich nie potrafię nawet wskazać konkretnego miejsca bólu. Wysłuchał… i zamiast wypisać skierowanie na wyniki krwi i moczu, złapał bloczek do wypisywania recept. Ilość recept rosła proporcjonalnie z kurczeniem się stanu mojego konta, ale trudno. Chowając te papierzyska mówiłam…- rozumiem, iż po zażyciu wszystkiego zrobimy analizę krwi i zobaczymy czy jestem zdrowsza. Spojrzał na mnie spoza szkieł jakby nie wiedział o czym mówię. Do widzenia,- usłyszał w tym momencie… i nawet nie wie ile przychodnia na mnie wyda za miesiąc. Zażądam bowiem skierowania na wszystkie analizy jakie powinien zrobić mi już teraz.
Od piątku… trzy razy dziennie, jadam garście małych... posiadających różne kształty tabletek. Wypijam jakieś wapna…. potasy i magnezy. Brunek obwąchuje mnie podejrzanie, ale chyba rozumie że zapach swojej pani zmieniły te świństwa jakich zażywa. I chyba medyk utrafił z zaordynowaniem leków… bo dziś czuję się trochę silniejsza.
Za tydzień znów wystawa… Wszystko mam spakowane więc czekam spokojnie.
Kwiaty za oknem kwitną jak szalone. Nawet petunie, które zazwyczaj w tym okresie nie wyglądają najkorzystniej puszą się bujnością i kolorami. Pomidorki koktajlowe już czerwienieją. Wylewam do korytek dziesiątki litrów wody z nawozami… ale wdzięczne rośliny cieszą widokiem i zapachem. Wieczorem i nocą, pachną w całym mieszkaniu. Czerwona pnąca róża na balkonie kwitnie. Niestety żółta-nie. Może jesienią?...
Otumaniające zapachem lilie stały w wazonie ponad tydzień. Zadbałam o to pozbawiając je tego co przyspiesza więdnięcie… i przedłużyłam swoją radość znacznie.
Wieczór… Teraz chłodny tusz i wieczorna kawa. Nie mam nic do czytania, więc pozostaje tylko TV. A może znajdę jakąś ciekawą galerię w necie i pooglądam obrazy. Choć teraz trudno… Czas urlopów i wakacji.
piątek, 8 lipca 2011
wieczór dzisiejszego dnia...
Ciężki i długi dzień chyli się ku końcowi. Był trudny… Dziś nie będę o nim pisać. Dziś… -filiżanka dobrej, mocnej kawy i uspakajająca muzyka. Długi wybył na całą noc. Jestem sama i bardzo dziś mi to odpowiada. Kiedyś…. Kiedyś wieczór spędzilibyśmy na długich rozmowach. Dziś Cię nie ma… bo tak musiało być. Ukryłam się tutaj tak dobrze, że mam pewność, że mnie już nie znajdziesz. Tamten czas już minął, bo nic nie jest trwałe.
sztuka...
W dzisiejszym temacie ozdabiania elewacji zewnętrznych pominę grafitti. O tym już pisałam. Dziś pokażę kilka przykładów artystycznego ozdabiania tych powierzchni... na których skąpość elementów architektonicznych czyni je „pustymi”… nieciekawymi i nawet gdy nowe, bądź renomowane- nie są ozdobą ulicy. Są ludzie… ba nawet artyści, zaliczający takowe do kiczu….- ja jednak mam inne zdanie w tym temacie i zapewniam… że malowanie dużych powierzchni, typu ściana domu to naprawdę kunszt. Obrazy te, poprzez odpowiednie zastosowanie światła dają oku złudzenie trójwymiarowości, co nie udaje się niektórym „fachowcom” nawet na małych płótnach. Doceńmy więc artyzm tych specjalistów i podziwiajmy ich piękne prace zdobiące fasady budynków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)