widgeo.net

sobota, 11 kwietnia 2015

PO MIESIĄCU...



Minął miesiąc... No minął od mojego ostatniego "normalnego" wpisu -nie licząc życzeń świątecznych. Bo życie jakoś dziwnie płynęło na walce ze skutkami paskudnej lutowo-marcowej grypy. Pozostałości leczę do dziś. Chrypa i lekki kaszel jaki mi pozostał po tym "....." męczy do dziś. Tak...- przejmuję się tym i leczę jak mogę. Koleżanka w wyniku powikłań wylądowała w szpitalu specjalistycznym leczącym płuca. Zrobiono wszystkie możliwe badania i......... NIC. Ostatnie dni to kuracja wapnem i PROPOLKAMI. I nawet trochę pomaga. Kaszel zelżał i często mówię bez chrypy. Będę więc cierpliwa w swojej walce.



 Leżąc... często zastanawiam się, gdzie zrobiłam błąd w leczeniu. Czy to był mój błąd... czy to wirus który zaatakował w tym roku,- tak wrednie działa. Niespotykana u mnie, wysoka temperatura miała jednak i dobre strony. Sny jakie sprowadziła, poddały nowe pomysły i koncepcje na prace.
 



Okres przedświąteczny to jak zwykle sprzątanie po zimie... Trudno się to robi gdy sił brak mimo najszczerszych chęci. Ale były i dni lepsze. W takie starałam się nawet ugotować "przyzwoity" postny obiad. Zdarzały się więc i kluski śląskie... i kopytka z kapustką... a pierogów ze śliwką w środku umieszczę nawet fotkę. Machnęłam cały głęboki talerz. Jedliśmy dwa dni.




Ciepłe wiosenne dni, napawały optymizmem. Wydawało mi się, że wraz z ładną pogodą przyjdzie zdrowie. Przychodziło,- ale bardzo powoli. Tylko Brunek olewał serdecznie wszystkie nasze kłopoty i zażywał w słoneczne dni kąpieli cieplnych.




Grudniki sprawiły miłą niespodziankę. Zakwitły mimo obcięcia po kwitnieniu bożonarodzeniowym sporej ilości odrostów. Postarały sie w tym roku wyjątkowo... i przemianowałam je na "świąteczniki" skoro mają ochotę kwitnąć na każde święta.




Na balkonach w święta kwitły sprezentowane mi miniaturowe bratki a truskawki zwisające których sadzonki kupiłam po nieprzyzwoicie,- jak na takie maleństwa- cenie, usiłowały pobudzić się do życia. Nie wiem czy z nich coś będzie, bo do dziś jakoś nie mogą sobie z tym rośnięciem poradzić.






Posadzone w donicach na balkonie żonkile- owszem, sprawdziły się. Zakwitły w
Wielką Sobotę




Dziś czuję się w miarę dobrze. Na obiad zrobię spaghetti z sosem pomidorowym na ostro, bo Długi lubi. Kilka zaplanowanych obowiązków, także z pewnością się uda. I prasowanie, którego wprawdzie nie lubię, ale nowiusieńki sprzęt ułatwia. A jutro- niedziela. I odpoczynek, którego ostatnio mam nieprzyzwoicie dużo.

sobota, 4 kwietnia 2015

WIELKANOC 2015...


SPOKOJNYCH... CIEPŁYCH... PRZEŻYTYCH Z NADZIEJĄ NA WSZYSTKO CO DOBRE ŚWIĄT.

sobota, 7 marca 2015

O CZASIE WYJĘTYM Z ŻYCIA...



To nieprawda, że zachorowanie na grypę- uodparnia na nią przez cały sezon. Od września ubiegłego roku przeszłam już 3 obrzydliwe grypska a teraz kończę czwartą... Najbardziej dokuczliwą i niebezpieczną. Jest tak agresywna, że powaliła nawet dość silnego i odpornego Długiego. Myślałam... że środki uodparniające jakie zażywam i bardzo uważne na zakażenia, sposoby funkcjonowania- pomogą... Guzik z pętelką. Jak rażona piorunem padłam w ubiegły piątek do łóżka. Atak tego paskudztwa postępował z taką prędkością... że przerwać musiałam tradycyjne weekendowe zakupy i zdążyć do domu zanim stracę przytomność pod marketem. Dziś ósmy dzień. Młody zdążył się wychorować ( w porę poszedł do lekarza), ja- jeszcze nie. Muszę usunąć teraz wszystkie skutki jakie zostawiła choroba. Radzimy sobie. Płuca i oskrzela oczyszczam zabiegami typu inhalacje i masaże termiczno/wibrujące. Siły nabieram rozpoczynając prawie normalne jedzenie.
Potrzeba matką wynalazku... prawda. Bardzo ciężko chorego można to łazienki wozić na foteliku komputerowym. Ma kółka... jest zwrotny i można przystawić do umywalki. I nie wiedziałam jeszcze tego... że ten mój młody człowiek, potrafi tak właściwie zająć się chorą osobą.
Leżenie... ulubiona pozycja niektórych (określają ich mianem nierobów)... dla mnie koszmar i dodatkowa męka. Wypoczynek nocny- owszem . Nie powiem- lubię dłużej. Jednak tyle dni w pozycji horyzontalnej spowodowało, że zaczęłam oglądać TV.
Msza św.- zostawiłam "jedynkę", bo choć rzadko bywam w kościołach na takich uroczystościach-  jestem osobą wierzącą. Nigdy... w całym moim życiu, nie zdarzyło się że przestałam wierzyć... bądź zachwiałam swoją wiarę. Ja po prostu nie potrzebuję pośredników do rozmowy ze Stwórcą. I nie chcę ich sakramentów za tak ciężkie pieniądze. Tym razem zdecydowałam, że pomodlimy się wspólnie...


Modlimy się więc najpierw za cały kościół... potem za Papieża... Za całą zgraję wchodzącą w skład najświetniejszej, największej i najlepiej zorganizowanej korporacji na całym świecie. Za naszego kardynała... za naszego biskupa... za błądzących... za upadłych w wierze... za alkoholików i narkomanów... za..... za.... i w pewnym momencie zapaliła się lampka w mojej podświadomości! KURCZE A JA! Modlę się za cały świat, a zostałam żeby pomodlić się za siebie! Potrzebuję Cię Boże bo cierpię i chcę błagać o pomoc w tym cierpieniu. Dla samej siebie już nie starczyło czasu, bo transmisja ma swój zakres godzinowy. Wiem Panie... słowo sprawiedliwość jest już od dawna abstrakcją. To ja- przede wszystkim pomodlę się tylko za tych, którzy chorują na grypę i cierpią tak-jak ja. Daj nam Panie ulgę i spraw by ten akurat krzyż... zelżał choć na świętą sobotę i niedzielę. Amen...
A aniołom które krążyły wokół mnie w ten trudny czas... ich staraniom i poświęceniu- podziękowanie i szacunek. To, co robiliście....- nazywa się miłością.


sobota, 21 lutego 2015

SPRAWY DOMOWE... OPISANE W PODRÓŻY.


Tłusty czwartek... śledzik i środa popielcowa. Tak... miesiąc i trochę... i następne święta. W tłusty czwartek, sąsiedzi z naprzeciwka rozebrali choinkę. Dobrze się domyślacie. Była sztuczna.
Każdego ranka.. wypasione przeze mnie ptaki rozpoczynają trele. Jest ciepło...- chyba zaprzestanę już dokarmiania. Zostało jeszcze parę kilogramów słonecznika, więc jeszcze to dostaną. Więcej kupować już nie będę. Zostanie tylko sprzątanie łupinek i guana moich skrzydlatych gości. Ile zjadły tej zimy? Sporo. Od połowy listopada do teraz kupiłam 45 kg czarnych pestek i 50 kul tłuszczowych. Wszystko idzie migiem. Z parku do moich balkonów prowadzi szlak powietrzny. Latają jak rakiety. Balkony zabrudzone niesamowicie, mimo systematycznego sprzątania. Trudno,- zawsze jest cos za coś. Czas zakończyć dokarmianie, bo widzę że zaczynają latać już owady. Od przyszłego tygodnia na balkonie stanie kruk. W donicach i korytkach krokusy, żonkile i tulipany wypuściły "kły". Idzie wiosna.
Zaczynam porządki związane z ta porą roku i zbliżającymi się świętami. Nie lubię tego robić na ostatnia chwilę, bo zawsze coś mi wypada i nie zdążam wszystkiego na cacy. Szafy to horror. Nie mieszczę sie z niczym, bo szkoda wyrzucać starych rzeczy. Zawsze "może się coś przydać". Faktem jest że często po wyrzuceniu czegoś... za tydzień okazuje się potrzebne,- ale czas z tym skończyć. Dziesiątki bluzek, spodni, bluz, golfów zalega półki. Część... tych najlepszych, już wydałam. W resztę będę ubierała się do malowania i bez prania i żalu, po nim...- wyrzucę. A jeśli powiem że polubiłam prasowanie... nikt nie uwierzy. Zdarzają się takie rzeczy u mnie... po zakupie nowego sprzętu. Deska super... a żelazko to marzenie gospodyń.
I skrzynia do przechowywania prac także już stoi. Cudem jakimś... młody człowiek spiął się.... kupił materiały i zrobił. Nareszcie nie leżą w korytarzu na szafach.
Relacje z narzeczoną Długiego lepiej niż poprawne. Zrozumiała chyba o co mi chodzi i w czym tkwił błąd w jej postępowaniu. Jest grzecznie... miło... i sympatycznie. Z obydwu stron.
Mam dość stania przy garach. Wyczyszczę lodówkę i zamrażalnik i kupię mrożonki. Nie nadaję się na typową gospodynie gotującą i już. Zaczynam sie już czuć jak smoluch siedzący na krawędzi stołu i planujący obiad na dzień następny.
Nastrój poprawię sobie zakupem ciuchów. No co?... Przecież idzie wiosna.


niedziela, 8 lutego 2015

OPOWIADANIE O MAMIE…



Niedzielnego poranka… Leżąc jeszcze w łóżku… Podkusiło mnie na włączenie telewizorni. Jakiś serial… Młodzi ludzie siedzący na kanapie…. Rozmawiający… a w pewnej chwili młoda, jak się okazało mama,- kładzie delikatnie rękę na brzuszku i wyczuwa ruszające się w jej matczynym wnętrzu życie. Tato kładzie swoją dłoń na jej ręce, ogólne szczęście i sielanka. A mnie- przypomina się inna mama. Mama… która teraz jest niemłodą już mamą i tak naprawdę nie jestem już pewna, czy nie ma w jej życiu dni,- w których żałuje swojej decyzji sprzed lat.
Była zawsze zapracowaną dziewczyną. Dorobiła się samodzielnie mieszkania. Umeblowała je jakoś i urządziła. Pracowała… pracowała… pracowała. W jej życiu było właściwie sporo mężczyzn. Nie miała jednak szczęścia do tego wymarzonego i właściwego. Z jej „roczników” wszyscy byli już związani,- a przypałętywali się przede wszystkim faceci rozwiedzeni… w separacji… mówiący że będą się rozwodzić lub starzy zdziwaczali kawalerzy. Tak na dobrą sprawę to chcieli tylko jednego…a fakt że mieszkała sama, był wyjątkowo dobrym atutem. Ogromne pokłady miłości i delikatności nosiła więc głęboko schowane w sercu,- a na zewnątrz grała nowoczesną singielkę, której nie zależało na stałym związku. Gdzieś jednak te pokłady musiały w końcu mieć ujście. Matka cicho przebąkiwała o dziecku (wszak jej córka to nowoczesne dziewczę) o jakiejś pomocy… że tak- jak jest, być nie może.
Po pewnym czasie trzydziestoparoletnia kobieta wyszła z przychodni, a schowany w torebce dokument szeptał małymi literkami że jest MAMĄ.  Z błyskiem w oczach powiedziała o tym matce z pytaniem:- cieszysz się mamo?  „Nie wiem czy się cieszę” -padła odpowiedź. „Wiesz co będzie jak dowie się ojciec”. O tym wiedziała. Surowy, fanatycznie wierzący ojciec… z zawaloną biblioteczką różnymi wydaniami Pisma Świętego. Zostały pokazane jej drzwi… a ciężarna córka została obrzucona wyzwiskami typu łajdaczka… szmata… ździra i wywłoka. No cóż nie była zamężna a ciężarna. Dawniej taką kamienowano.
Po 8 miesiącach leżenia w szpitalu, bo ciąża okazała się zagrożeniem dla jej niezbyt udanego życia,- na świat przyszło ukochane dziecko.
 Nikt ciężarnej nie przytulał… Nie głaskał po brzuszku i nie wschłuchiwał się w bijące małe serduszko. Była sama ze sobą… swoim synkiem i chorobą, którą ciąża zostawiła już do końca życia.
Gdy wróciła ze szpitala do domu… została tak bardzo sama. I tak BARDZO SAMA jest nadal. Mimo iż dziecko któremu dała wszystko co miała, włącznie ze zdrowiem… jest już dorosłe- nie jest człowiekiem jakiego wychowywała. Twierdzi że albo jest przeklęta albo dlatego że jest grzechem. Dzieci nie pochodzące ze związku… w mniemaniu wielu osób są grzechem.
Wspomnienie to skutek scen z filmu. Tylko że opowiadanie to jest prawdziwe.



Na dworze niewielka ale zadawalająca warstwa śniegu. Jest ślicznie. Chciałam zrobić zdjęcia… ale okazało się, że najpierw powinnam zadbać o baterię. Jeśli napada jeszcze troszkę zrobię je jutro do południa.


niedziela, 25 stycznia 2015

CISZA JAK TA…



Jak ja lubię być sama w domu… Długi u dziewuchy… od wczoraj. Ja- sama. Z kotem i gośćmi zza okna. Cisza… Cudowna cisza niedzielnego poranka. Za oknem ruch jak w Rzymie. Na obydwu balkonach karmniki więc skrzydlata gromada ma się gdzie krzątać. Brunek przyczajony w pewnej odległości od okien czatuje, udając polowanie. Co jakiś czas dobiega do szyby i uderza w nią nosem.  Cwaniaki już się przyzwyczaiły do jego obecności i doskonale wiedzą, że z jego strony na razie nic im nie grozi. Z resztą… nie trwa to długo. Po godzinie zajmuje ulubione miejsce pod grzejnikiem i zapada w dopołudniowy sen.

Przez kilka styczniowych poranków,- niebo zapalało się na różowo. Trwało to zaledwie pół godziny, ale wrażenie zostawało na cały dzień.



 Właśnie o świcie przylatują goście szczególni. Ci goście to dwa dzięcioły. Nigdy nie jedzą jednocześnie. Gdy jeden wali dziobem w tłuszczowe kule, drugi siedzi na gałęzi i czeka. Gdy odlatuje pierwszy,- dopiero drugi przylatuje na perkusyjną serenadę. Spróbowałam zrobić zdjęcia. Niestety zza gęstej firanki niewiele widać. Jednak przy dokładnym obejrzeniu fotki coś tam…..”stuka”.








 Błogi czas ciszy umilam sobie zapalonymi świecami. Zawsze lubiłam żywy ogień w domu. Palą się więc w moim pokoju…. i w kuchni…. i w łazience… W przedpokoju zapalam świece w małej latarence. U Długiego? Hahahaha nie… U długiego „pali się” wieczny bałagan. Kiedyś sprzątałam… Jednak otoczenie stwierdziło że to nie wychowawcze i mam dać sobie spokój. Tak więc „dałam”.

Skończyłam „ostatnią wieczerzę” w ikonie. Zrobiłam zdjęcie… ale przy tak zachmurzonym niebie można tylko przy oświetleniu,- a przy tym, ikona w złocie wygląda na focie okropnie.


Z głupot ostatniego tygodnia to placek drożdżowy weekendowy i chleb orkiszowy weekendowy. Sałatka ryżowa z tuńczykiem i kompoty które robiłam latem. Rozrabiam z wodą dokładam imbiru i słodzę miodem. Z szaleństw- otworzyłam kompot z winogron bezpestkowych i zajadam się zielonymi kulkami. Wyjątkowy ten weekend. Wysprzątane na czas i bez gadania. Jadło jak w prawdziwym wieloosobowym domu… a jednocześnie cisza i spokój. Niech tak trwa….

Nie piszę o pracy… Po zmianie zarządu to wyjątkowo paskudne miejsce. Kontakt mam tylko taki- jaki musze mieć. Nie lubię rozmawiać zawodowo z ludźmi, którzy o temacie nie maja pojęcia. Do swojego dyletanctwa nawet nie potrafią się przyznać. A mój „zmiennik” w każdej sytuacji zaznacza przed swoim nazwiskiem że jest „mgr”. Z doświadczenia wiem… że takie zachowanie cechuje ludzi, którym studia szły bardzo ciężko. Może na wizytówce domowej także ma przed nazwiskiem tytuł? Chyba i ja musze zacząć coś dodawać! Może jak zobaczy dr  zmniejszy choć czcionkę tytułu?

Znów siada mi zdrowie. Tym razem martwię się na poważnie. Usiłuję funkcjonować w miarę normalnie… jednak organizm stopuje mnie coraz bardziej. Siadło poczucie humoru i zrobiłam się płaczliwa jak dzieciak. Nie pokazuję nastroju… Staram się ukryć… Nie zawsze się udaje.

A teraz kawa… Cudna… aromatyczna i nieśmiertelna. I cicha jak ten mój dzisiejszy nastrój.



niedziela, 18 stycznia 2015

PIEROGI Z MIĘSEM...


Są dwa gatunki ludzi. Pierwszy to ten, któremu praca wyraźnie szkodzi i nie są do niej stworzeni. Przeszkadza we wszystkim… a więc ogólnie w życiu. Drugi to ten… którego praca wyraźnie kocha. Jest mu potrzebna, wręcz niezbędna do życia. Bez niej nie potrafią funkcjonować… chorują… czują ogólny, niewytłumaczalny dyskomfort i nawet trzeźwieć potrafią wyłącznie przy cięższej, fizycznej pracy. Do drugiego gatunku należę-ja.  Zdarzyło się kilka razy w moim życiu… że po spożyciu wcale nie tak sporej ilości alkoholu poczułam stan ogólnie, elegancko nazywany rauszem. Czasami ten rausz był „większy” po dwóch kielonkach niż po czterech,- ale nie o dyspozycjach organizmu temat. Zawsze natomiast po powrocie do domu, składałam głowę na podusi i zasypiałam snem sprawiedliwej. Do czasu…. Ten czas to zwykłe dwie godziny. Potem… nie wiadomo dlaczego,- sen gdzieś odpływał i zaczynała się męka „po”. (nie pisze tu o pigułkach zwanych potocznie „po”). Stan taki wszyscy znają wiec opisywać nie będę. I jedynym w takich przypadkach „lekarstwem” na zlikwidowanie dolegliwości była……… PRACA.
Najlepiej dość ciężka… fizyczna… i trwająca nie mniej  niż trzy godziny. Tak więc bywało… iż w godzinach 3.00-6.00 w moim domu zapalało się światło i zaczynało się sprzątanie. W kuchni rozchodził się zapach gotowanego obiadu… a i nierzadko w godzinach ciszy nocnej warczał odkurzacz. Po dokonaniu tego, czego trzeba było,- brałam ciepły prysznic i teraz mogłam już spokojnie spać do popołudnia.
Tak samo reagowałam na kłopoty osobiste i klęski życiowe pod różnymi imionami. Rzetelna a najlepiej cięższa fizycznie praca koiła rozpacze i głaskała rozszarpaną duszę. Gdy miałam ogród była to orka właśnie w nim… Teraz to generalne porządki w domu na balkonie i piwnicy. Ostatnie niedomagania cielesne ograniczyły pewien zakres prac…- zostało więc malowanie co nie łączy się z większym wysiłkiem i gotowanie. Co może być ciężkiego w gotowaniu?- zapyta cześć czytelników na czele z męską ich częścią. No niby nic. Jednak gniecenie ciasta wymaga odrobinę pracy. To wielce pożyteczna czynność, bo pozwala zrobić zapas makaroniku do rosołu… albo wypełnić zamrażarkę pierogami własnej roboty. Tak więc bez zbędnych wyjaśnień powiem że wczoraj był rosół z „ręcznym” makaronem… a dziś zrobię pierogi z farszem mięsnym (mięso z wczorajszego rosołu). Co się stało? Ano ciągle się coś dzieje jak to u mnie, a decyzje jakie podjęłam nie są może moje wymarzone, ale konieczne i jedyne. Zgodne z przysłowiem,- „szczęście robi dobrze ciału, smutek... rozwija siłę umysłu”. Tym paniom które zdecydowanie nie lubią stolnicy szepnę… że gniecenie makaronu doskonale wpływa na kondycję biustu chociaż…. No chociaż niektóremu tak siła przyciągania ziemskiego zaszkodziła,- że żadna ilość ugniecionego ciasta NIE POMOŻE. Zostali już tylko chirurdzy plastyczni. Na pocieszenie przypomnę… że ta właśnie siła przyciągania działa także i na panów. Tylko oni nazywają to małą atrakcyjnością swoich żon i nie wiadomo czemu unikają spoglądania w lustro gdy stoją przed nim w rozciągniętych gaciach.


poniedziałek, 5 stycznia 2015

NOWOROCZNA OPOWIEŚĆ…

Pod koniec października ubiegłego roku,- odszedł od nas mąż mojej koleżanki… a mój kolega.  Bardzo się kochali,- ale los losem i Stwórca swoje plany ma. Została sama w przepięknym domu w jeszcze piękniejszej okolicy. Nie jeździła już z ukochanym do lekarza czy szpitala… a wychodziła wykładać karmę leśnym ptakom. Pewnego dnia… przed świętami… wychodząc do zmrożonego ogrodu, spotkała na schodach kotka. Nie był maleństwem, z pewnością nie miał jednak więcej niż kilka miesięcy. Miauczał i kocim zwyczajem wił się wokół nóg i łasił. Szlachetne serce Bożenki nakazało jej wrócić do kuchni i wyłożyć gościowi co miała w lodówce. Miała tylko kiełbasę… a ta okazała się dla zwierzęcia rarytasem. Od tej pory towarzyszył jej w jej siedlisku. Za każdym spotkaniem swoim niewielkim kocim ciałkiem dawał oznaki sympatii… która z dnia na dzień przeistaczała się w kocią miłość. Minął nowy rok. Zwierzę nie odchodziło, choć jego zachowanie wskazywało na to, iż jest najprawdopodobniej czyjąś własnością. Wczorajsza rozmowa sugerowała że przybysz zostanie na stałe i stanie się towarzyszem życia młodej wdowy. Dostał swój koszyk i ręcznik. Wiadomo już… że pierwszym krokiem będzie wizyta u weterynarza. Ludzie mówią… że nie powinniśmy sami wybierać zwierzęcia. To one decydują z kim zostaną a z kim-nie. Nikt nie powinien żyć samotnie. Stwórca o tym wie i ktoś pojawił się… by dać namiastkę tego,- którego już nie ma. Każdy powinien mieć kogoś do kochania i Bożenka już chyba  ma.

Relacja wideo z mojej ptasiej stołówki (obiecana)- na pasku bocznym.




sobota, 3 stycznia 2015

PIERWSZA SOBOTA NOWEGO ROKU...


Niepokój i lęk odczułam wraz z przyjściem nowego roku. A przecież ma być lepszy od poprzedniego… bo liczba 8 (2+1+5) na to wskazuje. Nie przeszło mi to do dziś choć wszyscy przekonują, że moje odczucia nie mają nic wspólnego z tym,- co się stanie. No „oby”.
Zaczął się hukiem kiejby z armat… który to huk zafundowali nam przy ratuszu włodarze miasta. Jak co roku z resztą. Ratusz ów znajduje się 200 metrów od zabytkowego 200-letniego, przepięknego parku. Obok tegoż parku znajduje się teatr… przy którym też odpalano petardy i gmach policji… która to także już od wielu lat „rozświetla” niebo ogniem i hukiem. O obywatelach, którzy poszli do parku odpalać ogień nie wspomnę. Tak więc wraz z nadejściem nowego roku zaczęła się „rzeź niewiniątek”. Dziesiątki ptaków jak oszalałe latały wśród drzew i domów. Przerażone wpadały na pnie drzew i mury domów. I jak co oku w pierwszy dzień owego… gospodzie domów sprzątali zwłoki z chodników. O innych zwierzętach nie wspominam,- bo to oczywiste.
Nie mam zwyczaju wypowiadać się na forach… choć często mam sporo do powiedzenia. Nie mam- bo nie chcę znaleźć się wśród grona ludzi uważających się za bezkarnych „bo w sieci są anonimowi”. Treści jakie wypisują, urągają często godności ludzkiej. Nienawiść i niechęć do wszystkich i wszystkiego wylewa się spod ich palcy niczym lawa jadu. Zwyczaj ten przerwałam w tym roku przy artykule o temacie noworocznych wybuchów. Krytykując   zaproponowałam jednocześnie rozwiązanie. Bezpieczne i praktyczne… bo spektakl można powtórzyć wielokrotnie dla tych, którzy w sylwestra się na to nie załapali… i dla dzieciaków. Propozycja moja polegała na stworzeniu medialnego pokazu z minionych ważnych zdarzeń oraz pokazu ogni sztucznych w wymiarze 3D jako iluminacje na fasadzie budynku.
Pokaz taki miasto podarowało obywatelom z okazji spalenia go 100 lat temu. Było niezwykle… pięknie… i do powtórzenia. Same zalety włącznie z tą że ekologicznie… wiec i może unia coś by nam „sypnęła” na ten cel. O komentarzach pisać nie będę. Z treści wszyscy domyślili się,- kto je pisał.
Tyle mogłam zrobić dla tych biednych zwierząt choć niewykluczone że starania będę kontynuowała.
A dla Państwa życzenia….
By się wszystko układało po Waszej myśli…
Byśmy żałowali odchodzącego 2015 jako najlepszego z przeżytych…
Żeby zdrowie… żeby kasa… żeby miłość i rodzinne ciepło…
I żebyście nie zostawili mojego bloga osamotnionym i nieodwiedzanym.
A po Twoim Gryzmolindo blogu została pustka i mój smutek.