SPOKOJNYCH... CIEPŁYCH... PRZEŻYTYCH Z NADZIEJĄ NA WSZYSTKO CO DOBRE ŚWIĄT.
sobota, 4 kwietnia 2015
sobota, 7 marca 2015
O CZASIE WYJĘTYM Z ŻYCIA...
To nieprawda, że
zachorowanie na grypę- uodparnia na nią przez cały sezon. Od września ubiegłego
roku przeszłam już 3 obrzydliwe grypska a teraz kończę czwartą... Najbardziej
dokuczliwą i niebezpieczną. Jest tak agresywna, że powaliła nawet dość silnego
i odpornego Długiego. Myślałam... że środki uodparniające jakie zażywam i
bardzo uważne na zakażenia, sposoby funkcjonowania- pomogą... Guzik z pętelką.
Jak rażona piorunem padłam w ubiegły piątek do łóżka. Atak tego paskudztwa
postępował z taką prędkością... że przerwać musiałam tradycyjne weekendowe
zakupy i zdążyć do domu zanim stracę przytomność pod marketem. Dziś ósmy dzień.
Młody zdążył się wychorować ( w porę poszedł do lekarza), ja- jeszcze nie.
Muszę usunąć teraz wszystkie skutki jakie zostawiła choroba. Radzimy sobie.
Płuca i oskrzela oczyszczam zabiegami typu inhalacje i masaże termiczno/wibrujące.
Siły nabieram rozpoczynając prawie normalne jedzenie.
Potrzeba matką
wynalazku... prawda. Bardzo ciężko chorego można to łazienki wozić na foteliku
komputerowym. Ma kółka... jest zwrotny i można przystawić do umywalki. I nie
wiedziałam jeszcze tego... że ten mój młody człowiek, potrafi tak właściwie
zająć się chorą osobą.
Leżenie... ulubiona
pozycja niektórych (określają ich mianem nierobów)... dla mnie koszmar i
dodatkowa męka. Wypoczynek nocny- owszem . Nie powiem- lubię dłużej. Jednak
tyle dni w pozycji horyzontalnej spowodowało, że zaczęłam oglądać TV.
Msza św.- zostawiłam
"jedynkę", bo choć rzadko bywam w kościołach na takich
uroczystościach- jestem osobą wierzącą. Nigdy... w całym moim życiu, nie zdarzyło
się że przestałam wierzyć... bądź zachwiałam swoją wiarę. Ja po prostu nie
potrzebuję pośredników do rozmowy ze Stwórcą. I nie chcę ich sakramentów za tak
ciężkie pieniądze. Tym razem zdecydowałam, że pomodlimy się wspólnie...
Modlimy się więc
najpierw za cały kościół... potem za Papieża... Za całą zgraję wchodzącą w
skład najświetniejszej, największej i najlepiej zorganizowanej korporacji na
całym świecie. Za naszego kardynała... za naszego biskupa... za błądzących...
za upadłych w wierze... za alkoholików i narkomanów... za..... za.... i w
pewnym momencie zapaliła się lampka w mojej podświadomości! KURCZE A JA! Modlę
się za cały świat, a zostałam żeby pomodlić się za siebie! Potrzebuję Cię Boże
bo cierpię i chcę błagać o pomoc w tym cierpieniu. Dla samej siebie już nie
starczyło czasu, bo transmisja ma swój zakres godzinowy. Wiem Panie... słowo sprawiedliwość
jest już od dawna abstrakcją. To ja- przede wszystkim pomodlę się tylko za tych,
którzy chorują na grypę i cierpią tak-jak ja. Daj nam Panie ulgę i spraw by ten
akurat krzyż... zelżał choć na świętą sobotę i niedzielę. Amen...
A aniołom które krążyły
wokół mnie w ten trudny czas... ich staraniom i poświęceniu- podziękowanie i
szacunek. To, co robiliście....- nazywa się miłością.
sobota, 21 lutego 2015
SPRAWY DOMOWE... OPISANE W PODRÓŻY.
Tłusty czwartek...
śledzik i środa popielcowa. Tak... miesiąc i trochę... i następne święta. W
tłusty czwartek, sąsiedzi z naprzeciwka rozebrali choinkę. Dobrze się domyślacie.
Była sztuczna.
Każdego ranka..
wypasione przeze mnie ptaki rozpoczynają trele. Jest ciepło...- chyba
zaprzestanę już dokarmiania. Zostało jeszcze parę kilogramów słonecznika, więc
jeszcze to dostaną. Więcej kupować już nie będę. Zostanie tylko sprzątanie
łupinek i guana moich skrzydlatych gości. Ile zjadły tej zimy? Sporo. Od połowy
listopada do teraz kupiłam 45 kg czarnych pestek i 50 kul tłuszczowych.
Wszystko idzie migiem. Z parku do moich balkonów prowadzi szlak powietrzny.
Latają jak rakiety. Balkony zabrudzone niesamowicie, mimo systematycznego sprzątania.
Trudno,- zawsze jest cos za coś. Czas zakończyć dokarmianie, bo widzę że zaczynają
latać już owady. Od przyszłego tygodnia na balkonie stanie kruk. W donicach i
korytkach krokusy, żonkile i tulipany wypuściły "kły". Idzie wiosna.
Zaczynam porządki
związane z ta porą roku i zbliżającymi się świętami. Nie lubię tego robić na ostatnia
chwilę, bo zawsze coś mi wypada i nie zdążam wszystkiego na cacy. Szafy to
horror. Nie mieszczę sie z niczym, bo szkoda wyrzucać starych rzeczy. Zawsze
"może się coś przydać". Faktem jest że często po wyrzuceniu czegoś...
za tydzień okazuje się potrzebne,- ale czas z tym skończyć. Dziesiątki bluzek,
spodni, bluz, golfów zalega półki. Część... tych najlepszych, już wydałam. W
resztę będę ubierała się do malowania i bez prania i żalu, po nim...- wyrzucę. A
jeśli powiem że polubiłam prasowanie... nikt nie uwierzy. Zdarzają się takie rzeczy
u mnie... po zakupie nowego sprzętu. Deska super... a żelazko to marzenie
gospodyń.
I skrzynia do
przechowywania prac także już stoi. Cudem jakimś... młody człowiek spiął
się.... kupił materiały i zrobił. Nareszcie nie leżą w korytarzu na szafach.
Relacje z narzeczoną
Długiego lepiej niż poprawne. Zrozumiała chyba o co mi chodzi i w czym tkwił
błąd w jej postępowaniu. Jest grzecznie... miło... i sympatycznie. Z obydwu
stron.
Mam dość stania przy
garach. Wyczyszczę lodówkę i zamrażalnik i kupię mrożonki. Nie nadaję się na
typową gospodynie gotującą i już. Zaczynam sie już czuć jak smoluch siedzący na
krawędzi stołu i planujący obiad na dzień następny.
Nastrój poprawię sobie
zakupem ciuchów. No co?... Przecież idzie wiosna.
niedziela, 8 lutego 2015
OPOWIADANIE O MAMIE…
Niedzielnego poranka…
Leżąc jeszcze w łóżku… Podkusiło mnie na włączenie telewizorni. Jakiś serial…
Młodzi ludzie siedzący na kanapie…. Rozmawiający… a w pewnej chwili młoda, jak się
okazało mama,- kładzie delikatnie rękę na brzuszku i wyczuwa ruszające się w
jej matczynym wnętrzu życie. Tato kładzie swoją dłoń na jej ręce, ogólne
szczęście i sielanka. A mnie- przypomina się inna mama. Mama… która teraz jest
niemłodą już mamą i tak naprawdę nie jestem już pewna, czy nie ma w jej życiu
dni,- w których żałuje swojej decyzji sprzed lat.
Była zawsze
zapracowaną dziewczyną. Dorobiła się samodzielnie mieszkania. Umeblowała je
jakoś i urządziła. Pracowała… pracowała… pracowała. W jej życiu było właściwie sporo
mężczyzn. Nie miała jednak szczęścia do tego wymarzonego i właściwego. Z jej „roczników”
wszyscy byli już związani,- a przypałętywali się przede wszystkim faceci
rozwiedzeni… w separacji… mówiący że będą się rozwodzić lub starzy zdziwaczali
kawalerzy. Tak na dobrą sprawę to chcieli tylko jednego…a fakt że mieszkała
sama, był wyjątkowo dobrym atutem. Ogromne pokłady miłości i delikatności nosiła
więc głęboko schowane w sercu,- a na zewnątrz grała nowoczesną singielkę, której
nie zależało na stałym związku. Gdzieś jednak te pokłady musiały w końcu mieć ujście.
Matka cicho przebąkiwała o dziecku (wszak jej córka to nowoczesne dziewczę) o
jakiejś pomocy… że tak- jak jest, być nie może.
Po pewnym czasie trzydziestoparoletnia
kobieta wyszła z przychodni, a schowany w torebce dokument szeptał małymi
literkami że jest MAMĄ. Z błyskiem w
oczach powiedziała o tym matce z pytaniem:- cieszysz się mamo? „Nie wiem czy się cieszę” -padła odpowiedź. „Wiesz
co będzie jak dowie się ojciec”. O tym wiedziała. Surowy, fanatycznie wierzący
ojciec… z zawaloną biblioteczką różnymi wydaniami Pisma Świętego. Zostały
pokazane jej drzwi… a ciężarna córka została obrzucona wyzwiskami typu
łajdaczka… szmata… ździra i wywłoka. No cóż nie była zamężna a ciężarna.
Dawniej taką kamienowano.
Po 8 miesiącach
leżenia w szpitalu, bo ciąża okazała się zagrożeniem dla jej niezbyt udanego
życia,- na świat przyszło ukochane dziecko.
Nikt ciężarnej nie przytulał… Nie głaskał po
brzuszku i nie wschłuchiwał się w bijące małe serduszko. Była sama ze sobą…
swoim synkiem i chorobą, którą ciąża zostawiła już do końca życia.
Gdy wróciła ze
szpitala do domu… została tak bardzo sama. I tak BARDZO SAMA jest nadal. Mimo
iż dziecko któremu dała wszystko co miała, włącznie ze zdrowiem… jest już
dorosłe- nie jest człowiekiem jakiego wychowywała. Twierdzi że albo jest przeklęta
albo dlatego że jest grzechem. Dzieci nie pochodzące ze związku… w mniemaniu
wielu osób są grzechem.
Wspomnienie to
skutek scen z filmu. Tylko że opowiadanie to jest prawdziwe.
Na dworze niewielka
ale zadawalająca warstwa śniegu. Jest ślicznie. Chciałam zrobić zdjęcia… ale
okazało się, że najpierw powinnam zadbać o baterię. Jeśli napada jeszcze
troszkę zrobię je jutro do południa.
niedziela, 25 stycznia 2015
CISZA JAK TA…
Jak ja lubię być sama w domu… Długi u
dziewuchy… od wczoraj. Ja- sama. Z kotem i gośćmi zza okna. Cisza… Cudowna
cisza niedzielnego poranka. Za oknem ruch jak w Rzymie. Na obydwu balkonach
karmniki więc skrzydlata gromada ma się gdzie krzątać. Brunek przyczajony w
pewnej odległości od okien czatuje, udając polowanie. Co jakiś czas dobiega do
szyby i uderza w nią nosem. Cwaniaki już
się przyzwyczaiły do jego obecności i doskonale wiedzą, że z jego strony na
razie nic im nie grozi. Z resztą… nie trwa to długo. Po godzinie zajmuje
ulubione miejsce pod grzejnikiem i zapada w dopołudniowy sen.
Przez kilka styczniowych poranków,- niebo
zapalało się na różowo. Trwało to zaledwie pół godziny, ale wrażenie zostawało
na cały dzień.
Właśnie
o świcie przylatują goście szczególni. Ci goście to dwa dzięcioły. Nigdy nie
jedzą jednocześnie. Gdy jeden wali dziobem w tłuszczowe kule, drugi siedzi na
gałęzi i czeka. Gdy odlatuje pierwszy,- dopiero drugi przylatuje na perkusyjną
serenadę. Spróbowałam zrobić zdjęcia. Niestety zza gęstej firanki niewiele
widać. Jednak przy dokładnym obejrzeniu fotki coś tam…..”stuka”.
Błogi
czas ciszy umilam sobie zapalonymi świecami. Zawsze lubiłam żywy ogień w domu.
Palą się więc w moim pokoju…. i w kuchni…. i w łazience… W przedpokoju zapalam
świece w małej latarence. U Długiego? Hahahaha nie… U długiego „pali się”
wieczny bałagan. Kiedyś sprzątałam… Jednak otoczenie stwierdziło że to nie
wychowawcze i mam dać sobie spokój. Tak więc „dałam”.
Skończyłam „ostatnią wieczerzę” w ikonie. Zrobiłam
zdjęcie… ale przy tak zachmurzonym niebie można tylko przy oświetleniu,- a przy
tym, ikona w złocie wygląda na focie okropnie.
Z głupot ostatniego tygodnia to placek
drożdżowy weekendowy i chleb orkiszowy weekendowy. Sałatka ryżowa z tuńczykiem
i kompoty które robiłam latem. Rozrabiam z wodą dokładam imbiru i słodzę
miodem. Z szaleństw- otworzyłam kompot z winogron bezpestkowych i zajadam się zielonymi
kulkami. Wyjątkowy ten weekend. Wysprzątane na czas i bez gadania. Jadło jak w
prawdziwym wieloosobowym domu… a jednocześnie cisza i spokój. Niech tak trwa….
Nie piszę o pracy… Po zmianie zarządu to
wyjątkowo paskudne miejsce. Kontakt mam tylko taki- jaki musze mieć. Nie lubię
rozmawiać zawodowo z ludźmi, którzy o temacie nie maja pojęcia. Do swojego
dyletanctwa nawet nie potrafią się przyznać. A mój „zmiennik” w każdej sytuacji
zaznacza przed swoim nazwiskiem że jest „mgr”. Z doświadczenia wiem… że takie
zachowanie cechuje ludzi, którym studia szły bardzo ciężko. Może na wizytówce
domowej także ma przed nazwiskiem tytuł? Chyba i ja musze zacząć coś dodawać!
Może jak zobaczy dr zmniejszy choć
czcionkę tytułu?
Znów siada mi zdrowie. Tym razem martwię się na
poważnie. Usiłuję funkcjonować w miarę normalnie… jednak organizm stopuje mnie
coraz bardziej. Siadło poczucie humoru i zrobiłam się płaczliwa jak dzieciak.
Nie pokazuję nastroju… Staram się ukryć… Nie zawsze się udaje.
A teraz kawa… Cudna… aromatyczna i nieśmiertelna.
I cicha jak ten mój dzisiejszy nastrój.
niedziela, 18 stycznia 2015
PIEROGI Z MIĘSEM...
Są dwa gatunki
ludzi. Pierwszy to ten, któremu praca wyraźnie szkodzi i nie są do niej
stworzeni. Przeszkadza we wszystkim… a więc ogólnie w życiu. Drugi to ten…
którego praca wyraźnie kocha. Jest mu potrzebna, wręcz niezbędna do życia. Bez niej
nie potrafią funkcjonować… chorują… czują ogólny, niewytłumaczalny dyskomfort i
nawet trzeźwieć potrafią wyłącznie przy cięższej, fizycznej pracy. Do drugiego
gatunku należę-ja. Zdarzyło się kilka
razy w moim życiu… że po spożyciu wcale nie tak sporej ilości alkoholu poczułam
stan ogólnie, elegancko nazywany rauszem. Czasami ten rausz był „większy” po
dwóch kielonkach niż po czterech,- ale nie o dyspozycjach organizmu temat. Zawsze
natomiast po powrocie do domu, składałam głowę na podusi i zasypiałam snem
sprawiedliwej. Do czasu…. Ten czas to zwykłe dwie godziny. Potem… nie wiadomo
dlaczego,- sen gdzieś odpływał i zaczynała się męka „po”. (nie pisze tu o
pigułkach zwanych potocznie „po”). Stan taki wszyscy znają wiec opisywać nie
będę. I jedynym w takich przypadkach „lekarstwem” na zlikwidowanie dolegliwości
była……… PRACA.
Najlepiej dość ciężka…
fizyczna… i trwająca nie mniej niż trzy
godziny. Tak więc bywało… iż w godzinach 3.00-6.00 w moim domu zapalało się światło
i zaczynało się sprzątanie. W kuchni rozchodził się zapach gotowanego obiadu… a
i nierzadko w godzinach ciszy nocnej warczał odkurzacz. Po dokonaniu tego,
czego trzeba było,- brałam ciepły prysznic i teraz mogłam już spokojnie spać do
popołudnia.
Tak samo reagowałam
na kłopoty osobiste i klęski życiowe pod różnymi imionami. Rzetelna a najlepiej
cięższa fizycznie praca koiła rozpacze i głaskała rozszarpaną duszę. Gdy miałam
ogród była to orka właśnie w nim… Teraz to generalne porządki w domu na
balkonie i piwnicy. Ostatnie niedomagania cielesne ograniczyły pewien zakres
prac…- zostało więc malowanie co nie łączy się z większym wysiłkiem i
gotowanie. Co może być ciężkiego w gotowaniu?- zapyta cześć czytelników na
czele z męską ich częścią. No niby nic. Jednak gniecenie ciasta wymaga odrobinę
pracy. To wielce pożyteczna czynność, bo pozwala zrobić zapas makaroniku do
rosołu… albo wypełnić zamrażarkę pierogami własnej roboty. Tak więc bez
zbędnych wyjaśnień powiem że wczoraj był rosół z „ręcznym” makaronem… a dziś
zrobię pierogi z farszem mięsnym (mięso z wczorajszego rosołu). Co się stało?
Ano ciągle się coś dzieje jak to u mnie, a decyzje jakie podjęłam nie są może
moje wymarzone, ale konieczne i jedyne. Zgodne z przysłowiem,- „szczęście robi
dobrze ciału, smutek... rozwija siłę umysłu”. Tym paniom które zdecydowanie nie
lubią stolnicy szepnę… że gniecenie makaronu doskonale wpływa na kondycję
biustu chociaż…. No chociaż niektóremu tak siła przyciągania ziemskiego zaszkodziła,-
że żadna ilość ugniecionego ciasta NIE POMOŻE. Zostali już tylko chirurdzy
plastyczni. Na pocieszenie przypomnę… że ta właśnie siła przyciągania działa
także i na panów. Tylko oni nazywają to małą atrakcyjnością swoich żon i nie
wiadomo czemu unikają spoglądania w lustro gdy stoją przed nim w rozciągniętych
gaciach.
poniedziałek, 5 stycznia 2015
NOWOROCZNA OPOWIEŚĆ…
Pod koniec
października ubiegłego roku,- odszedł od nas mąż mojej koleżanki… a mój kolega.
Bardzo się kochali,- ale los losem i
Stwórca swoje plany ma. Została sama w przepięknym domu w jeszcze piękniejszej
okolicy. Nie jeździła już z ukochanym do lekarza czy szpitala… a wychodziła
wykładać karmę leśnym ptakom. Pewnego dnia… przed świętami… wychodząc do
zmrożonego ogrodu, spotkała na schodach kotka. Nie był maleństwem, z pewnością
nie miał jednak więcej niż kilka miesięcy. Miauczał i kocim zwyczajem wił się wokół
nóg i łasił. Szlachetne serce Bożenki nakazało jej wrócić do kuchni i wyłożyć
gościowi co miała w lodówce. Miała tylko kiełbasę… a ta okazała się dla
zwierzęcia rarytasem. Od tej pory towarzyszył jej w jej siedlisku. Za każdym
spotkaniem swoim niewielkim kocim ciałkiem dawał oznaki sympatii… która z dnia
na dzień przeistaczała się w kocią miłość. Minął nowy rok. Zwierzę nie
odchodziło, choć jego zachowanie wskazywało na to, iż jest najprawdopodobniej
czyjąś własnością. Wczorajsza rozmowa sugerowała że przybysz zostanie na stałe
i stanie się towarzyszem życia młodej wdowy. Dostał swój koszyk i ręcznik. Wiadomo
już… że pierwszym krokiem będzie wizyta u weterynarza. Ludzie mówią… że nie powinniśmy
sami wybierać zwierzęcia. To one decydują z kim zostaną a z kim-nie. Nikt nie
powinien żyć samotnie. Stwórca o tym wie i ktoś pojawił się… by dać namiastkę
tego,- którego już nie ma. Każdy powinien mieć kogoś do kochania i Bożenka już
chyba ma.
Relacja wideo z mojej ptasiej stołówki (obiecana)- na pasku bocznym.
Relacja wideo z mojej ptasiej stołówki (obiecana)- na pasku bocznym.
sobota, 3 stycznia 2015
PIERWSZA SOBOTA NOWEGO ROKU...
Niepokój i lęk odczułam wraz z przyjściem nowego roku. A
przecież ma być lepszy od poprzedniego… bo liczba 8 (2+1+5) na to wskazuje. Nie
przeszło mi to do dziś choć wszyscy przekonują, że moje odczucia nie mają nic
wspólnego z tym,- co się stanie. No „oby”.
Zaczął się hukiem kiejby z armat… który to huk zafundowali
nam przy ratuszu włodarze miasta. Jak co roku z resztą. Ratusz ów znajduje się 200 metrów od
zabytkowego 200-letniego, przepięknego parku. Obok tegoż parku znajduje się
teatr… przy którym też odpalano petardy i gmach policji… która to także już od
wielu lat „rozświetla” niebo ogniem i hukiem. O obywatelach, którzy poszli do
parku odpalać ogień nie wspomnę. Tak więc wraz z nadejściem nowego roku zaczęła
się „rzeź niewiniątek”. Dziesiątki ptaków jak oszalałe latały wśród drzew i
domów. Przerażone wpadały na pnie drzew i mury domów. I jak co oku w pierwszy
dzień owego… gospodzie domów sprzątali zwłoki z chodników. O innych zwierzętach
nie wspominam,- bo to oczywiste.
Nie mam zwyczaju wypowiadać się na forach… choć często mam
sporo do powiedzenia. Nie mam- bo nie chcę znaleźć się wśród grona ludzi uważających
się za bezkarnych „bo w sieci są anonimowi”. Treści jakie wypisują, urągają
często godności ludzkiej. Nienawiść i niechęć do wszystkich i wszystkiego
wylewa się spod ich palcy niczym lawa jadu. Zwyczaj ten przerwałam w tym roku
przy artykule o temacie noworocznych wybuchów. Krytykując zaproponowałam jednocześnie rozwiązanie.
Bezpieczne i praktyczne… bo spektakl można powtórzyć wielokrotnie dla tych,
którzy w sylwestra się na to nie załapali… i dla dzieciaków. Propozycja moja
polegała na stworzeniu medialnego pokazu z minionych ważnych zdarzeń oraz
pokazu ogni sztucznych w wymiarze 3D jako iluminacje na fasadzie budynku.
Pokaz taki miasto podarowało obywatelom z okazji spalenia
go 100 lat temu. Było niezwykle… pięknie… i do powtórzenia. Same zalety
włącznie z tą że ekologicznie… wiec i może unia coś by nam „sypnęła” na ten
cel. O komentarzach pisać nie będę. Z treści wszyscy domyślili się,- kto je
pisał.
Tyle mogłam zrobić dla tych biednych zwierząt choć
niewykluczone że starania będę kontynuowała.
A dla Państwa życzenia….
By się wszystko układało po Waszej myśli…
Byśmy żałowali odchodzącego 2015 jako najlepszego z
przeżytych…
Żeby zdrowie… żeby kasa… żeby miłość i rodzinne ciepło…
I żebyście nie zostawili mojego bloga osamotnionym i
nieodwiedzanym.
A po Twoim Gryzmolindo blogu została pustka i mój smutek.
sobota, 27 grudnia 2014
I PO ŚWIĘTACH...
O tym, że nie lubię
świąt wszyscy wiedzą od czasu… gdy zabrakło rodziców. Nie lubię… jednak
celebruję i nigdy niczego na święta nie brakowało. Było wszystko o czym
tradycja mówi. W tym roku Długi zawitał nawet do sklepu z dewocjonaliami,-
celem zakupu opłatka wigilijnego. Wystane przez godzinę ryby… do teraz zajmują
miejsce w lodówce. Było jak było i dobrze że się skończyło. Teraz trzeba
jeszcze przeżyć sylwester i nowy rok.
Straciłam jeden z
dochodów. Może to i nie tragedia… bywają większe, ale zawsze to uszczuplenie
portfela. Właściwie upierdliwa to była „robota” i ludzie namolni, jednak
dawałam radę. Następca… jak podejrzewam nie spełni oczekiwań zleceniodawców…
jednak przekonają się o tym dopiero po nowym roku chociaż… Chociaż chyba już
teraz mają takie podejrzenia. W każdym razie ja- już tam pracować nie będę. Wydęłam
się na ludzi z taką ignorancją. Niewiedza ich nie usprawiedliwia tak… jak nie
usprawiedliwia nieznajomość prawa.
Nie akceptuję… i nie
mogę się przyzwyczaić do tego co dzieje się teraz w firmach. Walka podjazdowa o
pensje… stanowiska… czy względy szefów. Walka podjazdowa lub jawna… Obmowy,
skargi i co gorsza kłamstwa. Tyle się tego
nasłuchałam w te święta, że włosy jeżą się na głowie. Nie wyobrażam sobie pracy
w takiej firmie, choć i mnie przecież zdarzyło się utracić zlecenie. Walka o
stanowisko i kasę nie może przecież zasłonić honoru, dumy i człowieczeństwa. Gdy
patrzę jednak na klasę rządzącą chce się krzyczeć że „przykład idzie z góry”. No
bo idzie.
Nowy rok niesie
sporo zmian. Część wiadomych a część niewiadomych,- i podejrzewam że te
niewiadome nie będą popularne bo będą złe. Tak- jak było zawsze.
Uśmiechu jednak
oczekuję bo „idzie” na dłuższe dni. Myślę… że te najkrótsze już odchodzą i z
każdym dniem będzie teraz lepiej.
Cebulki wsadzone na
balkonie jesienią- wypuściły już „kły”. Mam nadzieję, że nie zmarzną i doczekam
się przecudnych bukietów na wiosnę.
Stołówka ptasia –działa.
Karmy ubywa… a dzięcioł przylatuje już codziennie. Długi ostatnio stwierdził że
mam rękę do zwierząt i nie zdziwi się jak pewnego dnia na balkonie ujrzy…-
słonia. A ja myślę, że nie o rękę chodzi a miłość. Ja po prostu kocham
zwierzęta.
czwartek, 18 grudnia 2014
ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE...
Święta… ciepły, rodzinny… wyjątkowy czas.
I na ten czas życzę wszystkim tego… co
potrzebują najbardziej.
Zziębniętym- ciepła… Samotnym-
przyjacielskiej dłoni…
Ubogim- dostatku… a zamożnym szczodrości
wobec innych.
Chorym- zdrowia… a zdrowym poszanowania
tego zdrowia, bo to cenny dar.
I wszystkim… by te święta zapadły w
pamięć jako wyjątkowo udane.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




.jpg)






